2. Cracovia Półmaraton, czyli ogień z dupy!

IMG_2468

2 tygodnie przed długo wyczekiwanymi zawodami straciłam całą parę. Praca, zlecenia, treningi, zlecenia, trening, praca, zwyczajnie się przemęczyłam. Jak wychodziłam na trening tydzień temu chciało mi się płakać i wrócić po 3 kilometrach. I chyba nie wierzyłam, że zrobię życiówkę. Po cichu marzyłam o 1:40, ale realnie nastawiłam się na 1:43 i pod taki wynik trenowałam. A potem już czekałam na półmaraton i marzyłam, żeby było po wszystkim.

Stres był. Pogoda dopisała, organizacja nienajgorsza, ale kolanka się trzęsły. W dodatku dzień wcześniej dostałam okres i bałam się, że dopadnie mnie niemoc i zmusi do zejścia z trasy. Ustawiłam się jednak dzielne w swojej strefie, kawałek za balonikami na 1:40 – teraz żałuję, że nie tuż za nimi, bo na początku sporo czasu straciłam na wyprzedzanie. Niestety, albo inni ustawili się za blisko, albo ja za daleko. Cały wyścig zaczął się z 5-minutowym opóźnieniem, nie ułatwiało to rozluźnienia.

Pierwsze kilometry leciały gładko. Miałam w planie zacząć delikatnie, od 5:00, ale jakoś samo pobiegło się poniżej 🙂 Pierwszy, drugi, trzeci… Oznakowania pojawiały się jakby co 500 metrów, a mnie się leciało jak na skrzydłach, choć mam wrażenie, że ambitnie narzuciłam tempo na początku. Nogi nie miały problemu, ale płucom dałam chyba popalić. Czułam jednak, że mam zapas, że nie cisnę na całego, więc utrzymywałam tempo w myśl zasady: nie ma k. nie mogę. Na początku brałam wodę z punktów żywienia i piłam małymi łykami, choć przy drugim zrobiło mi się niedobrze. Stres, żołądek jak kuleczka z plasteliny i myślałam, że te dosłownie 2 łyki wody zmiotą mnie z trasy. Na szczęście jakoś się pomieściły i mogłam spokojnie biec dalej. Najgorzej było na bulwarach wiślanych, na 4-5 kilometrze. Jeszcze ciasno, biegłam po trawie i bałam się, że wpadnę do rzeki, ale dało radę. Później trochę ciasnoty na błoniach, wzdłuż Rudawy, i na -nastu kilometrach zaczęło się robić luźniej. A mnie od 10 biegło się jeszcze lepiej i przyspieszyłam, lecąc 4,75-4,8. I tak sobie leciałam, aż dopadła mnie moja klątwa 17-go kilometra. Kawał czasu z mną, pilnuję go, żeby trzymać tempo 4,8 (mój zegarek pokazuje to jako 4,4 niestety), czuję bieg nie tylko w płucach ale i w nogach. Już nie lecą jak naoliwione, choć mają jeszcze moc. A tu przede mną 4 kilometry z hakiem, ponad 20 minut. Kolejne oznaczenia trasy już nie pojawiają się tak szybko, czasem mam wręcz wrażenie, że je gubię, bo to przecież niemożliwe, żeby te kilometry tak się dłużyły. Lecę już wśród samych facetów. Słychać tylko plaskanie butów, sapanie i czasem ktoś splunie.Kilku śmiałków zaczyna cisnąć i mocno przyspiesza, reszta trzyma tempo. I nagle przed nami wyrasta Arena, już tylko kilometr z kawałkiem. Cisnę. Przyspieszam. Nie mam już siły, dyszę, ale schodzę poniżej 4:75 i lecę, choć już nie mam siły. Wpadam do hali i widzę metę. I jak zwykle to samo – przebieram nogami, a ona przybliża się taaaaaaaaak woooooooooooolno. Ciemno, światełka, hałas, maksymalne skupienie, cisnę i już. Meta.

IMG_2482

Nie mogę biec dalej, bo ludzie stoją, więc zatrzymuję się, co powoduje zawroty głowy, więc łapię się za nią, żeby sobie przytrzymać 🙂 i dzielnie kroczę po medal. Zegarek wyłączam – włączyłam go w ogóle trochę za późno, więc nie wiem jaki mam czas – pokazuje mi niby 1:42, dobrze jest, ale przez chwile mnie to nie obchodzi. Chcę tylko wody i owinąć się folią. Zabieram banana, izotonik i dzwonię do męża, umawiamy się pod namiotem z makaronem. Biorę trochę z rozsądku, bo głodu nie czuję, choć normalnie po długim treningu lodówka moja. Rozciągam się, trochę zjadam i dostaję SMS z wynikiem. 1:41:24, zupełnie nowa, śliczna życiówka 🙂 Adrenalina wciąż trzyma, jestem jak na haju, jeszcze nic nie boli. Dopiero w domu dopada mnie zmęczenie, zabite jednak kawą. Plan na Marzannę: 1:35, a co!

Planujemy zawody!

O_14_000122

Planowanie zawodów jest trochę jak planowanie wakacji, ślubu, prezentów gwiazdkowych, czy czegokolwiek innego, co sprawia nam przyjemność. Samo myślenie o fajnym wydarzeniu, zastanawianie się co i jak, jest czymś fantastycznym. I z zawodami jest tak samo. Kiedy tylko zapiszę się na zawody czuję się po prostu szczęśliwa. Tak zwyczajnie, trochę jak dziecko, bo przecież sam zapis to nic takiego, trzeba jeszcze je przebiec, najlepiej w zadowalającym czasie.

Jak najlepiej zaplanować zawody? Przede wszystkim wybrać interesujący nas dystans. Dyszka, półmaraton? Najlepiej skorzystać ze strony: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=3&action=1 . Mamy tutaj spis polskich zawodów, od dwójeczek po maratony, od Warszawy po Konopaty koło Żuromina (sprawdziłam – gmina Lubowidz, mazowieckie). Możemy ustawić sobie interesujący nas dystans oraz czas i miejsce. Ja, kiedy przeglądam sobie tę tabelkę, czuję się, jakbym wybierała czekoladki z pudełka. Nic, tylko bra(ś)ć! Popełniając tego posta, wyhaczyłam bieg nad Zalewem Nowohuckim, właśnie się zastanawiam. Kobiety! Przy planowaniu zawodów, bierzcie pod uwagę okres. Oczywiście, jeśli przechodzicie gładko, to inna sprawa, ale wiele z nas przechodzi boleśnie. Oczywiście, z maratonu się z tego powodu nie zrezygnuje, ale może ta piątka akurat w pierwszy dzień nie jest najlepszym pomysłem.

Jeśli znajdziemy coś co nas interesuje, czytamy regulamin. Wiem, że w wielu przypadkach nikt tego nie robi, ale warto, żeby potem nie okazało się, że limit czasu jest zbyt krótki, liczyliśmy na koszulkę, a tu tylko medal, albo i brak medalu, bo medale dla x pierwszych na miecie. W regulaminach wyszczególnione są też ceny, łatwo przeoczyć tańsze terminy, opłaca się więc od razu przeczytać regulamin interesującego nas biegu, żeby nie okazało się potem, że spóźniliśmy się jeden dzień z tańszą opłatą.

Zawody zapłacone. Ważne pytania – po co biegniemy? Dla zabawy, dla życiówki? Jeśli planujemy konkretny czas, trzeba pomyśleć, czy realne jest jego osiągnięcie. Jeśli półmaraton jest za miesiąc, a chcemy z 1:50 zejść do 1:35, to powodzenia życzyć zostaje, bo nic innego nie poskutkuje. Jeśli biegniemy pierwszy raz, nie ma się co nastawiać na konkretny czas, zawody to i tak wystarczająca ilość adrenaliny.

Czas na przyłożenie się do treningów. Na kopnięcie w dupę własnego lenia. W końcu nie po to się zapisałeś, pochwaliłeś na fejsie, zapłaciłeś pół stówy, żeby teraz siedzieć i czekać aż forma sama na Ciebie spłynie, prawda? Czas też zadbać o dietę. Ograniczyć alkohol, ciężkie potrawy. Niekoniecznie drastycznie, na to przyjdzie czas tydzień przed zawodami, ale jednak na linii startu lepiej stanąć lżejszym. Treningi przed zawodami to także ostatni dzwonek na eksperymenty. Jaki żel, jaki posiłek. Jeśli mamy zamiar zmienić coś w swojej diecie, to jest to ostatni dzwonek.

Tydzień przed zawodami powinniśmy dopinać wszystko na ostatni guzik: znać trasę, mieć wybrany żel, ubrania. Upewniamy się co do miejsca startu i godziny. Pozostają szczegóły, ważne, ale to już osobny temat.