Motywacja do treningu

IMG_2164

„Mnie by się nie chciało” – często słyszę od ludzi niebiegających.  I zazwyczaj nie wiem co odpowiedzieć, bo prawda może zabrzmieć niegrzecznie. Bo mnie też nie zawsze się chce, po prostu. Naprawdę, nie chce mi się wstawać o 6 rano w sobotę, kiedy mogę po prostu obrócić się na drugi bok. I nie chce mi się wychodzić z domu po zmroku, w zimie, kiedy zaczyna sypać lub co gorzej, padać marznący deszcz. Książka, serial, grzaniec… Na pewno przyjemniejsze niż zasuwanie na zimnie. W dodatku w dzień powszedni, po pracy, kiedy człowiek jest zmęczony. Co więc sprawia, że jednak się chce?

Przede wszystkim pewien automatyzm. Nie wiem czy to dobre miejsce, żeby o tym pisać, bo nie jest to motywacja. Po prostu idę biegać. Nie zastanawiam się. Tak jak nie zastanawiam się wieczorem czy chce mi się myć zęby i nie zastanawiam się czy chce mi się wieszać pranie. I nawet jak mi się nie chce, to nie myślę o tym i nie zastanawiam się, co zrobić, żeby się chciało. Nie myślę o tym momencie. Bo tak naprawdę najgorzej to wstać, ubrać się i wyjść, na zimno/deszcz/upał. A potem to już z górki. Ale jeśli automatyzm się wiesza, są sposoby:

Myślę o satysfakcji, jaką będę miała jak już wrócę. I jaka będę na siebie zła za godzinę, jeśli jednak nie pobiegnę. Będę o tym myślała do wieczora, więc po co się męczyć? Pokonanie swojego lenia naprawdę jest rzeczą wspaniałą. To uczucie, kiedy wracasz do domu pełen energii choć zmęczony, daje niesamowitego kopa do działania. O wiele więcej zrobię po bieganiu, niż jakbym ten czas przeleżała. Myślę o swoich początkach, kiedy bieganie naprawdę mnie fizycznie męczyło, kiedy każdy dzień to był naprawdę ostry bój. Kiedy po bieganiu nie miałam energii do działania, tylko padałam jak dętka. Wtedy dałam radę, a teraz co? No bez jaj!

Myślę długofalowo. Odsuwam myśl, że teraz mi się nie chce, bo na zawodach to kto za mnie pobiegnie? Można po porażce narzekać na kiepski dzień, ciśnienie i na odcisk na palcu. Ale prawda jest taka, że porażkom najczęściej winni jesteśmy my sami. Przykre, wiem. Więc myślę o czasie, jaki chciałabym osiągnąć, o radości na mecie, o tym fantastycznym uczuciu, kiedy na nią wbiegasz i choć wiesz, że to nie olimpiada, że ze 2 tysiące wbiegło już przed tobą… czujesz się jak król życia.

No i jeszcze drobiazg: często myślę o jedzeniu. Uwielbiam jeść, a bez biegania nic nie smakuje tak dobrze. Po sobotnich wybieganiach zjadam coś, co sobie starannie wybieram, ostatnio dość monotonnie, bo musi zawierać truskawki 😉 Tak, myśl o tym, że zjem coś pysznego ze smakiem, naprawdę pozwala wytoczyć cztery litery za drzwi 🙂

Reklamy