Powrót do świata żywych! Bieganie po kontuzji.

zycie_biegKraków, 8 sierpnia, 7:14. Na ulicach pojawiła się małe, czerwone, sapiące stworzonko. To ja wróciłam na swoje biegowe ścieżki. Z wyraźnie słabszą formą, roztapiająca się w upale i ledwo łapiąca stojące, ciężkie powietrze. Ale taka szczęśliwa! Przebiegłam godzinę bez bólu! Oczywiście po powrocie, gdy coś mnie zakuło, zabolało, już czułam zimny pot (a zimna od kilku dobrych dni nie odczuwam), ale było naprawdę dobrze. Biegłam. Nie bolało.

Starałam się nie myśleć o tym, ile straciłam. Ile zajmowało mi pokonanie 10 kilometrów 5 tygodni temu, a ile zajęło mi dziś. Wiem już, że tak się zdarza, nie ja pierwsza nie ostatnia. Kontuzja, zjazd formy, którą trzeba odbudować i tyle. Nie ułatwiał mi sprawy upał, w sumie ciężko stwierdzić, że wróciłam z buraczkiem na twarzy ze zmęczenia czy z gorąca. Wolę wierzyć, że to ta druga opcja 😉

Oprócz wniosków, jakie wyciągnęłam ze swojej głupoty – dziś już ładnie się rozgrzałam, rozciągnęłam, schłodziłam – po raz kolejny zobaczyłam, jak długą drogę przeszłam, odkąd zaczęłam biegać. 10 kilometrów to od dawna jest dla mnie „nic”, taka przebieżka, na krótsze dystanse nie chce mi się wychodzić. A dziś naprawdę musiałam się postarać. Nie powiem, że umierałam i wracałam do domu podpierając się rzęsami, ale był to wysiłek, który poczułam.

Jak wrócić do życia po kontuzji? Według mnie, przede wszystkim wywalić z głowy żal za straconą formą i zawodami. Stało się. Myśleć o naprawieniu błędów, które do kontuzji doprowadziły. I naprawiać je oczywiście. Nie udawać, że nic się nie stało, wracać do biegowego życia powoli. Jak trzeba – przejść do marszu, nie wstydzić się tego. Jeśli to możliwe, trenować po powierzchniach miękkich – tartanie, lesie. Wybierać płaskie trasy, nie szaleć z podbiegami, zbiegami i biegami górskimi – przyjdzie czas i na to. Uważać na dietę (napisała Mary, pijąc piwo) – apetyt wraca, ale kilometrów nie klepie się jeszcze tyle, co dawniej, łatwo przybrać tu i ówdzie. Niby niewielki problem, ale potrafi popsuć humor, zwłaszcza, jak wyniki dalekie są od życiówek.

Uzależnienie od biegania

O_15_000030

Złapać dystans.

Na różnych biegowych fanpejdżach na Facebooku często pojawiają się komentarze zadowolonych z siebie biegaczy, którzy okraszając swoje wypowiedzi kilkoma uśmiechniętymi emotkami, stwierdzają, że są uzależnieni od biegania. Spotkałam się także nie raz ze zdaniem, że lepiej być uzależnionym od sportu niż od papierosów. Cóż, lepiej od papierosów niż od heroiny, prawda? A jednak uzależnienia od papierosów nikt nie traktuje tak lekko. Śmiem twierdzić, że ludzie, którzy o uzależnieniu od biegania mówią z taką lekkością i radością, uzależnieni wcale nie są, po prostu bardzo lubią biegać.

Uzależnienie oznacza jedno – to, że coś zaczyna panować nad Twoim życiem. Nieważne co: alkohol, papierosy, czekolada czy bieganie. Oczywiście człowiekowi długo wydaje się, że to on nad wszystkim panuje, że może przestać. Przy papierosach oszukiwać się trudniej, palacze raczej nie mają problemu z przyznaniem się do nałogu. Z alkoholem już trudniej, bo granica bywa cienka, nagle ochota na piątkowy kieliszek wina zmienić się może w przymus wypicia tego kieliszka. A jak jest z bieganiem? Tutaj też granica jest cienka. Wiadomo, że doba nie jest z gumy, jeśli chcemy mieć wyniki, z wielu rzeczy musimy zrezygnować. Jeśli w soboty rano robisz długie wybieganie, to zrezygnujesz z piątkowej imprezy. Jak chcesz pobiegać po południu, to zrezygnujesz z golonki z kapustą na obiad. Pojawia się jednak taki moment, że brak możliwości treningu powoduje reakcję, której sami byśmy się po sobie nie spodziewali. Jakby świat się kończył. Jakby wydarzyło się coś złego. Jest złość, płacz, nie można znaleźć sobie miejsca. Nie martwi człowieka choroba, na jaką zapadł, tylko to, że nie może biegać. Może zdarzyć się tak, że całe życie zostaje podporządkowane bieganiu. I nie chodzi mi o zwykłe zmiany w kalendarzach biegaczy, w których coraz mniej miejsca na seriale i weekendowe szaleństwa, coraz więcej na wybiegana i rozciąganie. Chodzi o zaniedbywanie codziennych obowiązków „bo trening”. Góra garów w zlewie, lodówka pusta, zlecenie leży i kwiczy, ale biegacz ma trening. O zaniedbywanie zdrowia. Katar, stan podgorączkowy, przetrenowanie – sytuacje, w których lepiej trochę odpuścić, odpocząć. Człowiek uzależniony ciężko je znosi. U wielu biegaczy pojawiają się w takich sytuacjach objawy odstawienia. Będzie myślał o bieganiu, o tym ile mógłby dziś przebiec, będzie zły, smutny, bo nie może biec. Kiedy cierpi na bieganiu życie rodzinne, zawodowe, towarzyskie, kiedy nie ma czasu dla przyjaciół, dzieci, na rozwój innych dziedzin życia, oznacza to, że bieganie panuje nad nami, nie my nad nim. Że przestało być pasją, a stało się zniewoleniem. Brzmi górnolotnie, ale taka jest prawda. Trochę jak ze zdrowym odżywianiem. Fajnie, jak ktoś dba o to, co wrzuca do brzucha, jeśli jednak obsesyjnie unika wszelkich niezdrowych produktów, ma wyrzuty po zjedzeniu ciastka, a jego życie jest zdominowane przez układanie jadłospisów, to wiadomo, że coś jest nie halo. Że nie o to chodzi. Uzależnienie od biegania niszczy nie tylko psychikę. Nie tylko jest groźne dla kontaktów międzyludzkich (wiem, że nie widzieliśmy się 5 lat, ale wiesz, jutro mam w planie mocne podbiegi), ale też dla zdrowia fizycznego. Nie pozwala odpocząć, Ułatwia bagatelizowanie kontuzji. Nie ma w nim nic dobrego! Otarłam się o to i w odpowiednim momencie potrafiłam powiedzieć: stop. Ale są ludzie, którzy nie potrafią.

Oczywiście, nie da się jednoznacznie ocenić czy człowiek jest uzależniony czy też nie. Czy po prostu jest pełen samodyscypliny i zdeterminowany na osiągnięcie celu. Powstaje więc pytanie: co jest Twoim celem? Radość z treningu, odstresowanie, nowa życiówka, nowa sylwetka? Czy po prostu musisz, bo inaczej świat wali się na głowę?

Jak poradzić sobie z przerwą?

IMG_2075

Moja kontuzja została potwierdzona oficjalnie przez ortopedę. Przeciążenie stawu lędźwiowo-krzyżowego. Zalecił ćwiczenia rozciągające, wzmacniające oraz kilka tygodni przerwy od biegania. Tak. Kilka tygodni. Z jednej strony mam ochotę go posłuchać, bo w końcu to on jest lekarzem, w dodatku sportowym, widział w życiu setki takich jak ja i powinien wiedzieć lepiej. Ale z drugiej strony ja to ja, najlepiej wiem jak się czuję, więc uznałam, że kilka tygodni to przesada. Już nic mnie nie boli, więc grzecznie ćwiczę i w tym tygodniu planuję lekkie rozbieganie. Postanowiłam iść z lekarzem na kompromis – żadnych mocnych treningów, interwałów i 20-kilometrowych wybiegań, ale lekki trucht po miękkim.

Na razie jednak mam przerwę, z którą czuję się okropnie. Jak kanapowy ziemniak. Niby ćwiczę, ale to nie uwalnia we mnie takiej energii, jaką daje bieganie. W dodatku trochę zaniedbałam swoją dietę, w myśl: skoro nie biegnę, to mogę wypić sobie to piwo/zjeść trzecie ciasteczko. Ponieważ nie biegam, straciłam apetyt, więc katastrofy nie ma, ale naprawdę tęsknię za tym, żeby poczuć taki zdrowy, po treningowy głód. I oczywiście za tym, by go zaspokoić.

Pozostaje też psychika. Mnie jest po prostu bardzo źle, kiedy nie mogę biegać. Bardzo źle, łącznie ze szlochaniem i obrażeniem się na cały świat. Ale nie da się przecież 3 tygodnie tylko łkać nad swoim nieszczęśliwym losem. Trzeba przyjąć do wiadomości, bez zbytniego rozkminiania, że stało się. Bywa. I zdarza się nie tylko nam. Po drugie, ważniejsze, trzeba wziąć na klatę swoje błędy. Moja kontuzja nie wzięła się z niczego. Za małą wagę przykładałam do wzmocnienia mięśni pośladkowych i mam za swoje. Bieganie niesie ryzyko kontuzji, ale można je zmniejszać. Ja ten obszar zaniedbałam i dostałam karne zadanie domowe. Nie da się tego przejść bez krytycznego spojrzenia na swoje treningi. Po co oszukiwać samego siebie i ryzykować powtórkę? Trzeba szukać błędów i przyznać, że się zawaliło, czasem na całej linii.

Dobrze przerwę i rehabilitację potraktować jako nowy cel. Nie jako wymuszoną przerwę, ale jako chwilę na serwisowanie przeciążonego mechanizmu. Nie patrzeć na całą sytuację, jako tylko i wyłącznie na karę. Za mało czasu poświęciłam na ćwiczenia, to teraz muszę nadrobić, skupić się na zaniedbanych obszarach. To też część treningu, po prostu muszę nadrobić zaległości.

Dla własnego komfortu psychicznego dobrze też poczytać historie ludzi, którym kontuzje namieszały w treningowym życiu. Nie, nie po to, żeby się pocieszyć, że czasem mieli gorzej, ale żeby zobaczyć, że nie ma co rozpaczać, tylko brać byka za rogi. Łatwiej obudzić w sobie ducha walki, kiedy czytamy o czyichś sukcesach.

Zakrzepica u biegacza

hospital-484848_640

Zakrzepica żył głębokich jest chorobą, której czynniki ryzyka są w większości obce przeciętnemu biegaczowi:

  • siedzący tryb życia
  • otyłość
  • podeszły wiek

Do tego przebyte operacje, długotrwałe unieruchomienie kończyny, ciąża, niewydolność serca. Przeciętny biegacz tryb życia ma aktywny, jest szczupły, raczej młody i zdrowy. Pamiętam, że kiedy zachorowałam, ciężko mi było znaleźć informacje odnośnie tej choroby u biegaczy. Ale od początku, na czym w ogóle polega ta choroba? Na tym, że w naczyniach krwionośnych pojawiają się skrzepliny, które utrudniają przepływ krwi. Zdarza się, że przebiega to całkowicie bezobjawowo i niestety, często kończy się śmiercią z powodu zatoru płucnego. Powsstała skrzeplina może aktywować płytki krwi, które „przylepią” się do niej, znacznie utrudniając przepływ krwi. Objawiać się to będzie sinieniem, drętwieniem i bólem. U mnie początkowo ból występował punktowo, w pachwinie, noga siniała i lekko puchła. Z SOR-u zostałam jednak wypuszczona, gdyż USG nic nie wykazało. Następnego dnia noga zrobiła się granatowa i prawie straciłam w niej czucie. Wtedy też przyjęto mnie na chirurgię.

Leczenie jest długotrwałe, ale w trakcie jego trwania nie ma już zagrożenia zatorem. Polega ono na dożylnym podawaniu heparyny (początkowo pompą 24h na dobę, później w zastrzykach) oraz leków obniżających krzepliwość krwi. Współczynnik krzepliwości musi wahać się między 2 a 3 INR (u zdrowych osób między 0,8 a 1,2). I takie leki przyjmuje się niestety bardzo długo po wyjściu ze szpitala. Stosuje się też kompresoterapię, czyli obwiązuje nogę bandażem, by ułatwić przepływ krwi. Później można już zastąpić bandaż pończochą bądź rajstopami (nie wiem jak jest w przypadku panów, opasek na całą nogę nigdy nie widziałam). Hospitalizacja trwa ok 2 tygodni, większość czasu chodzenie jest zakazane. Nawet siadanie z opuszczonymi nogami jest zakazane.

I co jak biegacz w końcu może wstać z łóżka? Na pewno nigdzie nie pobiegnie. Ból i obrzęk nie znikają, u mnie ból był o wiele gorszy niż przed szpitalem, nie mogłam opuścić nogi na dłużej niż kilka minut. Na początek opaska uciskowa (pończocha, bandaż) i chodzenie. Ciężko, ale trzeba się starać, nie zasiadać w fotelu, robić co chwilę choćby rundkę do kuchni łazienki, na balkon. Jak noga pozwoli, zacząć wychodzić na spacery. Brać leki. I czekać na kontrolę u chirurga.

NIE MA BIEGANIA. Podobno biegacze, to najbardziej niesłuchająca lekarzy grupa. Nieraz leci gdzieś taki z niedoleczoną kontuzją, albo uważa, że rozbiega. Tym razem nie ma! Spokojnie, wyleczysz się i będziesz mógł biegać. Lekarze, zwłaszcza chirurdzy, bywają mało rozmowni. Ja nie wiedziałam, czy jak wydobrzeję, to mogę potruchtać czy nie. A jeśli tak, to kiedy? Dopiero na kontroli okazało się, że nie mogę. Ani biegać, ani pływać, ani biegać, ani biegać. Musiały wystarczyć spacery. Dopiero jakieś 2 miesiące po wyjściu ze szpitala, na moje pytanie „czy mogę już biegać?” lekarz mruknął „tak”. I wybieeeegłam. Ostrożnie. Na pół godzinki. Noga była wyraźnie słabsza, fizycznie było średnio. Bałam się, że jednak jest tam jakiś zakrzep, że go wyskaczę i dostanę zatoru. To był lęk całkowicie irracjonalny, po zaleczeniu i w trakcie leczenia nie grozi już zakrzep, leki ciągle obniżają krzepliwość. Można biegać, ale trzeba mieć na uwadze swoją słabą nogę. Nie obejdzie się bez kompresji i stałej kontroli lekarza.