Ile kosztuje bieganie?

dolar

No właśnie. Ile ta cała zabawa kosztuje? Nie wiem czy wiecie, ale lubię masochistyczne czytać komentarze w necie. I bywa, że kiedy mowa o nadwadze i otyłości wśród Polaków, pojawiają się głosy, że to wszystko z biedy, panie! Bo warzywa drogie, a sport jeszcze droższy. Basen – karnet. Rower – wiadomo. Siłownia – miniony monet, w dodatku musisz kupić karnet, żeby się to w ogóle opłacało. Bieganie – buty i ubrania.

A prawda jest taka, że jedynym niezbędnym wydatkiem są buty. Ceny są najróżniejsze, ale najtańsze można mieć i za 100 zł, a w dyskontach bywa jeszcze taniej. Nie będą najlepszej jakości pod słońcem, ale wystarczą komuś, kto zaczyna biegać. Co potem? Potem może być nieco drożej, ale też nie są to kwoty nie do przeskoczenia. W Decathlonie można dostać buty Kalenji nawet za 150 zł, a często trafiają się promocje. Nigdy w nich nie biegałam, ale ludzie sobie chwalą. Moje własne buty do biegania kosztowały ok. 300 zł i biegam w nich rok. Czas wymienić i na pewno nie kupię nic droższego niż za 450 zł. Wystarczy trochę poszukać, internetowy Sklep Biegacza miewa świetne promocje (teraz ma, warto do nich zajrzeć), ich sklepy stacjonarne zresztą też. Jasne, że można za buty zapłacić i 700 zł, mieć kilka par treningowych i startowych. Sky is the limit. Ale przyzwoite buty można kupić za 250-300 zł. Raz na rok nie jest to wydatek nieosiągalny.

Ubrania. Sama nie czuję potrzeby posiadania drogich ciuchów, chociaż jestem zakochana w takich jednych pięknych legginsach. No ale dwie stówki… Nie. Biegam w zwykłych legginsach z sieciówki. Mam dwie pary na zimę – jedne ocieplane, kosztowały ok 30. zł i jedne termiczne, dostałam w prezencie. Mam jedną przeciwdeszczową lekko ocieplaną kurtkę. Koszt to ok 120-200 zł, ale przecież nie służy mi tylko do biegania. Bluza na chłodne dni – ok 100 zł. Do tego biegowe rękawiczki, czapka, komin – łącznie ok 50 zł.

Gadżety. Hulaj dusza. Oczywiście zegarek z GPS, nerka, plecak z bukłakiem na wodę, latarka czołówka… Najpopularniejszy gadżet to oczywiście zegarek, koszt ok. 500 zł (da się taniej, ale chciałabym policzyć ile kosztuje wyposażenie przeciętnego biegacza, a jak już inwestować w sprzęt, to lepiej dołożyć tę stówkę i mieć coś porządnego). Plecak, rzecz przydatna na długie biegi – ok. 60 zł.

Zawody. Zależy od miejsca, dystansu. Sama opłata startowa to od 40 do nawet 100 zł, ale przeciętnie można policzyć 60 zł – im szybciej ją wpłacimy, tym będzie taniej, często bywają też zniżki.

 

Podsumowując:

  1. Wersja ekonomiczna – buty za 150 zł. Ubrania zwykłe  sportowe.
  2. Wersja przeciętny biegacz – buty: 300 zł, koszulka techniczna: 30-50 zł, bluza do biegania: 100 zł, kurtka: 170 zł, zawody 3 x w roku: 150 zł. Łącznie: 650, w tym 300 to wydatek na kilka lat (kurtka, bluza, koszulka).
  3. Wersja zaawansowana: powyższe 650 zł + zegarek za 500 + plecak za 50. Łącznie 12oo zł, ale tu znów: wydatki ponoszone na bieżąco to buty i zawody, ok. 450 zł na rok. Wydatki często rozłożone na kilka lat. Ja swój „biegowy majątek” gromadzę od 2 lat, wcześniej jedynym wydatkiem na bieganie były tylko buty i koszulki, które po prostu prałam na bieżąco, bo miałam mało.
  4. Wersja Deluxe. Nawet kilka tysięcy: kilka par butów, zagraniczne zawody (drogie pakiety, przeloty, noclegi), zegarek za 1500 zł…
Reklamy

Kto jeszcze nie wie, że biegasz?

Natknęłam się ostatnio na taki oto filmik:

I tak się zastanawiam, czy jest ktoś, kto nie we, że biegam? Pewnie kilka osób by się znalazło, ale nie wśród bliższych znajomych. A czy Wy jeszcze komuś nie powiedzieliście? Czy trenując do maratonu, nikomu nie mówicie? I wcale nie mam na myśli rodziny czy współlokatorów, którzy widzą, że gdzieś codziennie lecicie. Ale znajomi, ludzie w pracy, na uczelni? Na pewno wiedzą. Zastanawiałeś się czasem, czy w ogóle ich to obchodzi?

Myślę, że z biegaczami jest jak z rodzicami. Rodzice mówią o swoich dzieciach, choćby nikogo to nie interesowało. Nie tylko opowiadając o ząbkach, kupkach i przedstawieniach w przedszkolu. Ale zwyczajnie, odmawiając wypadu na kawę, bo dziecko trzeba zabrać do lekarza. I biegacze mają tak samo: niekoniecznie muszą się swoim bieganiem chwalić, ale to wychodzi zupełnie naturalnie. Nie piję dziś piwa, bo mam jutro długie wybieganie, a mój plan na weekend majowy to maraton.

Lubię mówić o bieganiu, ale nie ukrywam, że czasem jest to dla mnie kłopotliwe. Nie chcę brzmieć tak, jakbym się wymądrzała, ale naprawdę czasem nie myślę o tym, że normalny człowiek nie wie czym są zakresy i rytmy. A jak tłumaczę, to nie chcę, żeby człowiek poczuł się urażony, że tłumaczę i zakładam, że nie wie, o czym mówię. Bo a nuż wie. Albo inna sytuacja, ktoś pyta ile wczoraj czy dziś przebiegłam. Odpowiedź: „20 kilometrów” często powoduje opad szczęki, i kiedy mówię, że to wcale nie tak dużo, czuję się jak chuda laska, która narzeka, że ma gruby tyłek, bo chce, żeby jej wszyscy mówili jaka jest zgrabna. Bo ja wiem, że dla nie-biegacza to dużo, ale cóż poradzę, że dla mnie już nie? Tyle problemów, ale jednak wciąż o tym bieganiu gadam! Dlaczego?

To jest ważna część mojego życia. Spędzam na treningach kilka godzin tygodniowo, więc to oczywiste, że jak ktoś spyta, co robiłam wczoraj, to jest spora szansa, że biegałam. Ważny punkt każdej mojej soboty to długie wybiegane, więc pytając mnie o plany na weekend, usłyszysz, że na pewno będę biegać. Nie dlatego, że się chwalę, że chcę, żeby cały świat wiedział. Tylko dlatego, że to dla mnie ważne.

Jak mówić o bieganiu? Tak jak o dzieciach. Fajnie wiedzieć, że czyjeś dziecko zaczęło chodzić, ale niekoniecznie fajnie jest wiedzieć o tym, jakiej wysypki dostaje po mleku, a jakiej po truskawkach. Staram się mówić tylko o tym, co może kogoś potencjalne zainteresować. Nie o tym, że mam nowy sposób na regenerację, a są nim lodowate prysznice. Ale o tym, że biegałam dziś rano i dlatego czuję się pełna energii. Albo o tym, że na treningu zawędrowałam w jakieś ciekawe miejsce, o tym, że biegłam dziś w pobliżu czyjegoś domu. Staram się też niepytana nie wchodzić w szczegóły techniczne.

Pozostaje też kwestia mediów społecznościowych. To, że ktoś właśnie przebiegł 3 kilometry, może być dla niego wielką radością, więc niech się tym dzieli. A jak przebiegł właśnie maraton, to radość jest tak ogromna, że czasem podzielić się musi. Tu akurat jestem pełna zrozumienia. O ile gadaniem o bieganiu można kogoś zanudzić, tak nudny wpis na fb  można po prostu ominąć.

Motywacja, by zacząć biegać

pisklak

Z dedykacją dla Ani i Ali 😉

Już wiemy, co zrobić, by zacząć biegać. Kupić buty, wybiec, biec. Ale co zrobić, by wybiec, zrobić ten pierwszy krok? To zależy, czego oczekujemy od biegania. Powodów, by zacząć, jest mnóstwo!

  1. Wygląd. Sporo biegaczy zaczyna, by schudnąć albo poprawić wygląd ciała. Sama tak zaczęłam, dlatego wśród powodów by zacząć, to mój numer 1. Bieganie to bardzo energochłonny sport, więc efekty są szybkie. A oprócz utraty wagi? Jędrniejsza skóra, lepsze nogi, pośladki. Podobno działa na cellulit. Ale jest coś ważniejszego…
  2. Samoakceptacja. Owszem, wygląd się poprawia, ale z czasem zaczynasz mieć go w dupie. Szczuplejsze ciało, to szybszy bieg przede wszystkim. Nie znikną wszystkie kompleksy – czytam blogi innych biegaczek i widzę, że wiele z nich nie uważa się wcale za ideały, jedna narzeka na uda, inna na brzuch. Dalej gdzieś czegoś za dużo, za mało. Ale to ma zdecydowanie mniejsze znaczenie. Widzisz, ile może Twoje ciało może zdziałać. I nie mówię tu od razu o maratonach. Ale jak widzisz, że z tygodnia na tydzień staje się silniejsze, niesie cię szybciej, mocnej, to zmienia się punkt spojrzenia na samego siebie. Twoje ciało pokazuje, że siła tkwi nie tylko w głowie, że twoje mięśnie też potrafią dać czadu. Zaczynasz dbać o ciało w inny sposób. I nie mam na myśli tego, że do tej pory nie goliłaś nóg 😉 Ale czujesz po prostu harmonię między swoją głową a ciałem – może brzmi to trochę sekciarsko, ale tak jest.
  3. Kondycja. Zdecydowanie na plus. Nie dyszysz biegnąc do tramwaju, w górach idziesz jakoś bardziej dziarsko i czujesz się jak młoda babka, a nie swoja własna ciotka.
  4. Lepsza organizacja czasu. Jak biegasz regularnie, masz mniej czasu na pracę i przyjemności, więc uczysz się czasem gospodarować oszczędniej.
  5. Euforia biegacza. Nie zawsze, ale zdarza się w czasie biegu lub tuż po nim taki wyrzut endorfin jak (no, prawie) po dobrym seksie. Czujesz się błogo, cudownie, szczęśliwie, śmiejesz się, a to tylko świetny bieg.
  6. Lepszy sen. Lepsze samopoczucie.
  7. Więcej wiary w siebie – ten punkt zasługuje na osobny artykuł, ale bieganie naprawdę układa pewne rzeczy w głowie. Nie wyobrażasz sobie, że przebiegniesz 20 kilometrów? Jeśli nie biegasz, to pewnie nie. A jak już przebiegniesz, to zaczynasz wierzyć, że dasz radę więcej. A jeśli dasz radę robić coś, o czym myślałeś, że to nie dla ciebie, to dlaczego nie miałoby to dotyczyć innych dziedzin życia?
  8. Atmosfera zawodów. Ok, myślisz teraz, że chcesz tylko potruchtać, ruszyć się, jakie tam zawody? Ale spokojnie – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Naprawdę mnóstwo biegaczy, którzy dziś nie mają miejsca na wszystkie medale, nie przypuszczała, że kiedykolwiek weźmie udział a zawodach. Wyobraź sobie, że wpadasz na metę, jak na filmie. Tak, to będzie możliwe, jeśli tylko zaczniesz!
  9. Cudowny czas na poukładanie sobie myśli. Wiele ważnych spraw przemyślałam podczas biegu. Nic nie rozprasza, jesteś tylko ty. Można ze sobą szczerze porozmawiać. Stajesz oko w oko z własnymi słabościami i nie jest to czas na samooszukiwanie się. A zmęczenie dobrze działa na wyłączenie myślenia. Kiedy ostatni raz nie myślałeś o niczym, zupełnie o niczym? Tylko jakieś „lewa, prawa, lewa, prawa”? A mocny trening tak działa. Wolna głowa.

Jak zacząć biegać?

biegacz_pocz

Wczoraj po raz kolejny zostałam zapytana o to, jak zacząć biegać. Pozornie odpowiedź jest bardzo prosta: po prostu ubrać buty i wybiec z domu. Pozornie, bo o kilku rzeczach warto pamiętać.

Wiele osób szybko się zniechęca, bo wybiegają jak postrzelona zwierzyna, lecą do utraty tchu i padają po 5 minutach. Dochodzą oczywiście do wniosku, że to nie dla nich. Zacząć najlepiej od marszobiegów, np. półgodzinnych – nie za długo, nie za krótko. Ile biec, ile maszerować? Zależy od kondycji. Polecam 2 minuty biegu, 3 minuty marszu, ale najlepiej po prostu próbować. Jeśli 2 minuty powodują, że nie macie już siły nawet iść, próbujcie 1,5 minuty. Tak, żeby się nie zajechać, ale też żeby nie było zbyt lekko. Żeby był progres, trzeba wylać nieco potu 😉

Warto kupić buty do biegania, nawet najtańsze. Często można dorwać w dyskontach, tanie są marki Kalenji. Uwierzcie, to i tak taniej niż wizyta u ortopedy, która kosztuje 100-150 zł. Jeśli się zniechęcicie, to sprzedacie, a wydane pieniądze będą dodatkową motywacją. Bo skoro wydałaś 100 zł na buty, to głupio teraz rzucić w kąt. Specjalnych ubrań nie trzeba. Lepiej biega się w technicznych, ale na początek wystarczy zwykła koszulka czy bluza. Nie warto inwestować na początek w gadżety typu GPS-y, opaski kompresyjne, plecaki z bukłakiem, naprawdę są na początku zbędne.

Czego jeszcze nie warto? Za długo się zastanawiać. Od jutra, od przyszłego tygodnia, dziś kropi, a jutro za ciepło… Jak się chce zacząć biegać, to się zaczyna.

Wróćmy do tego co warto. Dać sobie czas. Pierwszy trening, zwłaszcza jeśli wstajesz prosto z kanapy, będzie masakrą. I drugi. I trzeci. Piąty też. A potem przebiegniesz swoje pierwsze dziesięć minut. A potem pół godziny – i wtedy zobaczysz, że może być przyjemnie, płuca mogą nie chcieć wyrwać się z piersi, twarz może nie wyglądać jak pomidor, a zakwasów wcale już nie ma. Naprawdę, daj sobie czas, bo dopiero wtedy zobaczysz czy to sport dla ciebie, czy też nie. Mówienie na samym początku „to nie dla mnie”, to tak, jakby zapisać się na kurs językowy i nie umiejąc porozmawiać swobodnie po tygodniu, stwierdzić, że „to nie dla mnie”. Trzeba czasu, żeby w ogóle zobaczyć z czym to się je. Ja wiem, że nie dla mnie pływanie, ale umiem pływać – i dlatego to wiem.

Warto pamiętać o przerwach. Na początek 3 treningi w tygodniu wystarczą, góra 4. Bieganie częściej nie pomoże, w bieganiu NIE MA DROGI NA SKRÓTY. Tak jak w matematyce, językach i wielu innych dziedzinach.

O tym jak się zmotywować, by zacząć, osobny post 🙂

Obrzydliwa strona biegania.

buty

Dziś nie dla wrażliwych. Nie do poczytania przy jedzeniu. Mały ranking najpaskudniejszych rzeczy w bieganiu.

  1. Połykanie owadów. Tak, zwłaszcza w lecie. Nie biega się oddychając tylko przez nos, więc zdarza się, że człowiek biegnący przyjmie niezaplanowaną dawkę białka. Pół biedy, jeśli w postaci małej muszki czy komara, bo bywa coś większego. Czuć cholerstwo w gardle, naprawdę paskudne uczucie. Pozostaje się wtedy cieszyć, że nie trafiło na osę, bo to już niebezpieczne, a nie tylko wstrętne.
  2. Schodzące paznokcie. Sama nie miałam nigdy większych problemów ze stopami, ale doczekałam się. Pamiętacie kiwające się mleczaki? A biegacz czasem wyczuwa kiwający się paznokieć. Który kiedyś sobie odpadnie, pozostawiając po sobie żałosną imitację. Panie mają tu lepiej, mogą maskować lakierem do paznokci. Podobnie jak w przypadku:
  3. Czarne paznokcie. Wina butów. Wina długich biegów oraz pronacji i źle dobranego pod jej kątem obuwia. Kiedy buty mają zbyt twarde czubki, kiedy mamy zbyt mało luzu, naprawdę łatwo o krwiaka pod paznokciem. Czasem krwiak jest tak duży, że powoduje ból i problem z chodzeniem. I rozwiązanie też jest paskudne – przebić płytkę paznokcia i upuścić zgromadzoną krew. Albo iść do lekarza i niech on się z tym paprze.
  4. Odciski i pęcherze. Tu znów mszczą się złe buty. Na mnie także prawie każde nowe buty. Czasem nawet krótki bieg potrafi nieźle zmasakrować stopy.
  5. Trafiające w ciebie smarki innego zawodnika. Na szczęście udało mi się dostać tylko pod nogi. Zawodnicy płci męskiej (u pań nie zauważyłam) mają brzydki zwyczaj smarkania w powietrze, przed siebie, obok siebie, jak leci. Nigdy nie wiesz, kiedy znajdziesz się na linii ognia. To chyba jeszcze bardziej obrzydliwe, niż schodzący paznokieć i połknięta mucha.

Biegacz na urlopie

IMG_2310

Przychodzi taki czas w życiu biegacza, że bieganiu, nawet nieświadomie, podporządkowuje coraz większe obszary swojego życia. Tak, znam ludzi, którzy decydując się na pracę, brali pod uwagę swoje treningi. Kiedy przeprowadzałam się do nowego mieszkania, bardziej niż częstotliwość odjazdów autobusów, interesowały mnie nowe biegowe ścieżki i to, czy bezpiecznie tu będzie biegać wieczorami. Z urlopem jest podobnie.

Rozważaliśmy w tym roku różne za i przeciw. Góry? Adriatyk? Bałtyk? Pod uwagę braliśmy oczywiście odległość, cenę, warunki noclegowe. Ja miałam zamiar trochę się na wakacjach rozbiegać i szczerze przerażała mnie myśl o bieganiu w Chorwacji. Piękne morze, piękne miasteczka, ale wstawać na urlopie o 4 rano? Kocham biegać, ale jednak wyjeżdżam również po to, żeby trochę się wyspać. Wybór padł na Gdańsk – chcieliśmy uciec od upałów, chcieliśmy nad wodę, a Gdańsk oboje bardzo lubimy. I jaki on doskonały do biegania!

Przyznam, że bieganie na urlopie to temat trochę trudny – niby jest to świetny czas, mnóstwo wolnego, nowe otoczenie do zwiedzania. Ale nie zawsze jest treningowo-kolorowo. Co innego, kiedy wyjeżdża się ekipą, a co innego wyjazd we dwoje, zwłaszcza, jeśli praca nie pozwala widywać się codziennie. Ciężko kogoś zostawić, zamiast razem zjeść śniadanie, i wyjść na trening. Wieczorem to już w ogóle… „Wiesz, wyjdź na miasto, dobiegnę?”. No nie. Do tego kwestia jedzenia – na wyjazdach sobie odpuszczamy. Lokalne przysmaki, piwo, lody, drinki, smażona ryba na kolację. Ciężko sobie odmawiać próbowania nowych rzeczy raz w roku, bo trening. Nie zjeść na Bałkanach baklawy, bo wieczorem trening? Nie spróbować lokalnego piwa wieczorem, bo rano mocny bieg? Dla mnie wakacje to również nowe smaki i na pewno nie zamierzam z nich rezygnować (oczywiście z głową, nie mówię o najadaniu się do upęku!).

IMG_2300Dlatego moje urlopowe treningi, to raczej luźne biegi. W tym roku wstawałam rano, żeby wybiec o 7 i o 8.00 – 8.30 być z powrotem, zjeść razem śniadanie. Nie nastawiałam się na tempo czy kilometraż, ale na zwykłej radości z biegu, z radości biegu po plaży, o tej porze jeszcze dość pustej. Biegłam sobie z Brzeźna do Sopotu, cieszyłam się jak głupi do sera, bo uwielbiam tamtejsze pasy zieleni koło plaży i same plaże. Myślę, że jeśli tuż po urlopie nie planujemy żadnych zawodów, warto na ten czas trochę odpuścić, nie spinać się i treningowo też wziąć urlop.

A jak się biegało w Gdańsku? Bosko! Co prawda Gdańsk trochę mnie nie lubi, w zeszłym roku poważnie obiłam sobie tam kolana zbiegając z górki (i łokieć, i biodro, i dłoń), dlatego teraz trzymałam się nadbrzeżnych parków. I plaży! Bieganie po plaży jest trochę przereklamowane, po piachu biega się niewygodnie, ale za widoki, świeżość i niesamowite poczucie wolności, każdy trening nad morzem, muszę choć na chwilę przenieść na plażę. Przez chwilę pobiegłam nawet boso po wodzie, coś wspaniałego! Nieprawdą jest, że wypoczynek nad morzem, to smażenie się i taplanie w wodzie, na szczęście tak myśli chyba coraz mniej osób.

Największe mity dotyczące biegania

IMG_2120Tak właśnie wyglądają „masywne” łydy i uda po 3 latach biegania.

1. „Od biegania zrobią mi się masywne łydy”. A teraz znajdź zdjęcie maratończyka z masywnymi nogami. Bieganie długodystansowe jest wysiłkiem tlenowym, nie wybuduje się na nim mięśni. Ładnie się zarysują, tłuszcz się spali, więc będą bardziej widoczne, jednak jeśli nie ma się z natury masywnych nóg, bieganie nikomu wielkich ud czy łydek nie zbuduje. Żeby „robić mięśnie” potrzeba ćwiczeń siłowych, diety – nie da się ich wyhodować przez przypadek, przy okazji.

2. „Bieganie jest niezdrowe”. Bieganie jest sportem, w którym łatwo o kontuzję, to prawda. Ale poza tym? Poprawia krążenie, pracę serca, pracę układu immunologicznego, obniża ciśnienie, zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę oraz osteoporozę (zwiększa gęstość kości), poprawia samopoczucie. O tym, że będę taaaaka chora od tego biegania słyszę od ludzi, którzy nie biegają i nie biegali oraz zupełnie się na tym nie znają – nie są lekarzami, fizjoterapeutami czy trenerami. Mowa oczywiście o bieganiu amatorskim – sport wyczynowy, niezależnie od dyscypliny, to zupełnie inna bajka.

3. „Można jeść, co się chce”. No niestety. Bieganie spala mnóstwo kalorii, to żaden mit, godzina w miarę spokojnego biegu u kobiety moich gabarytów to ok 500 kcal w plecy. Do tego zwiększa się metabolizm spoczynkowy (czyli nawet jak nie biegamy, to spalamy więcej). Tylko… no właśnie. Po pierwsze, bieganie poprawia apetyt i jeść trzeba więcej. Po drugie, zwiększa się zapotrzebowanie kaloryczne, ale aby utrzymywać formę, nie można zaspokajać go czekoladą i piwem. Załóżmy, że tygodniowo robimy sobie „górkę” w wysokości 3 tysięcy kalorii – czyli ponad 400 dodatkowych kalorii dziennie + nasz szybszy metabolizm. Dużo? Pół kilo czereśni 😉 . Jeden weekendowy wypad na piwo potrafi nam pochłonąć prawie 1000 kcal, do tego dodajmy większą ilość kalorii w codziennych posiłkach i wcale dużo miejsc na ekstrasy nam nie zostanie. Choć faktycznie, częściej można sobie pozwolić na więcej, nie jest tak, że można to robić bez konsekwencji.

4. „Dopiero po 30 minutach spalamy tłuszcz”. Nie. Z tłuszczu korzystamy cały czas, po prostu na początku energię czerpiemy głownie z glikogenu, dopiero po 20-30 minutach proporcje się odwracają i organizm zaczyna sięgać do magazynów. Dlatego, jeśli biegamy, by schudnąć, trzeba biegać minimum 30-40 minut. To spalanie po 30 minutach, to taki skrót myślowy, bo po prostu na początku jest niewielkie.

5. „Bieganie spala mięśnie*”. Jeśli jesteś „koksem” to bieganie w rozwoju masy ci nie pomoże, i faktycznie, może ona nawet polecieć w dół (tak a propos tych niby rozrastających się od biegania nóg), ale jeśli jesteś zwykłym Kowalskim, który biega, nawet maratony, to nic sobie nie spalisz, jeśli będziesz dobrze jadł i dbał o regenerację. Stracić masę mięśniową można i bez biegania np. głodówkami. Maratończycy są smukli, bo masy nie budują, a przed zawodami redukują wagę. Nie spalisz sobie żadnych mięśni od amatorskiego biegania! Nawet biegając na czczo – pamiętaj po prostu o posiłku regenerującym.

*Dotyczy obaw szarego Kowalskiego.

6. „Bieganie jest drogie”. Oprócz butów nie potrzebujesz niczego, by biegać. Zwykłe legginsy, dres, koszulka najlepiej techniczna, ale można je kupić tanio. Nie potrzeba ci, zwłaszcza na początek GPS-ów, pulsometrów, podkolanówek kompresyjnych, odżywek białkowych, ani tysięcy innych fajnych, ale wcale nie niezbędnych gadżetów.

Motywacja do treningu

IMG_2164

„Mnie by się nie chciało” – często słyszę od ludzi niebiegających.  I zazwyczaj nie wiem co odpowiedzieć, bo prawda może zabrzmieć niegrzecznie. Bo mnie też nie zawsze się chce, po prostu. Naprawdę, nie chce mi się wstawać o 6 rano w sobotę, kiedy mogę po prostu obrócić się na drugi bok. I nie chce mi się wychodzić z domu po zmroku, w zimie, kiedy zaczyna sypać lub co gorzej, padać marznący deszcz. Książka, serial, grzaniec… Na pewno przyjemniejsze niż zasuwanie na zimnie. W dodatku w dzień powszedni, po pracy, kiedy człowiek jest zmęczony. Co więc sprawia, że jednak się chce?

Przede wszystkim pewien automatyzm. Nie wiem czy to dobre miejsce, żeby o tym pisać, bo nie jest to motywacja. Po prostu idę biegać. Nie zastanawiam się. Tak jak nie zastanawiam się wieczorem czy chce mi się myć zęby i nie zastanawiam się czy chce mi się wieszać pranie. I nawet jak mi się nie chce, to nie myślę o tym i nie zastanawiam się, co zrobić, żeby się chciało. Nie myślę o tym momencie. Bo tak naprawdę najgorzej to wstać, ubrać się i wyjść, na zimno/deszcz/upał. A potem to już z górki. Ale jeśli automatyzm się wiesza, są sposoby:

Myślę o satysfakcji, jaką będę miała jak już wrócę. I jaka będę na siebie zła za godzinę, jeśli jednak nie pobiegnę. Będę o tym myślała do wieczora, więc po co się męczyć? Pokonanie swojego lenia naprawdę jest rzeczą wspaniałą. To uczucie, kiedy wracasz do domu pełen energii choć zmęczony, daje niesamowitego kopa do działania. O wiele więcej zrobię po bieganiu, niż jakbym ten czas przeleżała. Myślę o swoich początkach, kiedy bieganie naprawdę mnie fizycznie męczyło, kiedy każdy dzień to był naprawdę ostry bój. Kiedy po bieganiu nie miałam energii do działania, tylko padałam jak dętka. Wtedy dałam radę, a teraz co? No bez jaj!

Myślę długofalowo. Odsuwam myśl, że teraz mi się nie chce, bo na zawodach to kto za mnie pobiegnie? Można po porażce narzekać na kiepski dzień, ciśnienie i na odcisk na palcu. Ale prawda jest taka, że porażkom najczęściej winni jesteśmy my sami. Przykre, wiem. Więc myślę o czasie, jaki chciałabym osiągnąć, o radości na mecie, o tym fantastycznym uczuciu, kiedy na nią wbiegasz i choć wiesz, że to nie olimpiada, że ze 2 tysiące wbiegło już przed tobą… czujesz się jak król życia.

No i jeszcze drobiazg: często myślę o jedzeniu. Uwielbiam jeść, a bez biegania nic nie smakuje tak dobrze. Po sobotnich wybieganiach zjadam coś, co sobie starannie wybieram, ostatnio dość monotonnie, bo musi zawierać truskawki 😉 Tak, myśl o tym, że zjem coś pysznego ze smakiem, naprawdę pozwala wytoczyć cztery litery za drzwi 🙂

Czego nigdy się nie nauczę?

smuteq

1. Buty do biegania nie muszą być ładne.

Nie należę do kobiet kochających buty czy pasjonujących się modą. Lubię wyglądać dobrze, ale nie znam się na markach i posiadam jedną parę butów na obcasie. Czasem, kiedy potrzebuję jakiegoś ciucha, łapię w sklepie coś, co mi się w miarę podoba, bo nienawidzę zakupów. Ale nie dotyczy to mojego wyposażenia biegowego. Musi być ładne, musi pasować! Buty oczywiście muszą być dobrze dobrane, wygodne, ale pierwszą rzeczą na jaką zwracam uwagę, jest ich wygląd. Kiedyś pan w Sklepie dla biegaczy zachwalał mi jakieś cuda na kiju, ale… takie były paskudne! Wiem, że robię źle, pewnie mogłabym biegać w czymś lepszym niż mam, ale co poradzę na to, że same mnie sobie wybrały?

2. Jak boli kolano, biodro czy stopa, to wsiadaj w tramwaj i wracaj do domu. Nie rozruszasz! Nie, nie przestanie, kroku jutro nie zrobisz. Niestety, przerywam trening dopiero, jak już naprawdę nie mogę go kontynuować. W sobotę kulałam cały dzień, bo czując ból, stwierdziłam, że w sumie jest niewielki. I niedzielny trening przepadł.

3. Porządna rozgrzewka jest ważna. Niestety, zazwyczaj mi się nie chce. Ale rozciągać się nauczyłam, więc może jest nadzieja?

4. Będzie ci gorąco! Wiele razy wychodziłam na trening ubrana za grubo, a potem podwijałam legginsy i rękawy, wracałam mokra i czerwona. Bo przecież wystawiłam rękę za okno i było zimno…

5. Ćwiczenia ogólnorozwojowe. Niby wiem, że trzeba, niby robię, ale bez zapału. Chyba nigdy nie zmobilizuję się do solidnych ćwiczeń, jeśli nie wrócę na siłownię. Wszelkie ćwiczenia w domu są dla mnie niesamowicie nudne. Podziwiam dziewczyny ćwiczące przy trenerach z YT, serio.

6. Po maśle orzechowy biegać nie powinnaś! Cóż, zgaga po maśle mnie dobija, ale może jak posmaruję cieniutką warstewką, cieniuteńką…

7. Płać za zawody, jak tylko podejmiesz decyzję, że startujesz. Ale nie, zawsze jest „uuups! to wczoraj było taniej!”.

Chyba właśnie stworzyłam pierwszą w życiu listę postanowień noworocznych.

Ale chyba nie biegasz w upały?

upal

W takim deszczu to ty chyba nie biegasz? Wieje dzisiaj, nie biegaj. Po takim śniegu polecisz? Na takim mrozie?

Taki mamy klimat, że nie mamy idealnej pogody na bieganie. Dla mnie pogoda idealna to 10-15 stopni, lekki wiatr, lekko zachmurzone niebo, lub delikatne słońce, które nie wypala skóry. Bez deszczu, śniegu. No i odpowiednie ciśnienie, żeby spać się nie chciało. Ile mamy w Polsce dni, które spełniałyby wszystkie te warunki? Chyba tylko jesienią, i to tylko wtedy, gdy jest nasza polska złota. W listopadzie to już nie bardzo. Wiosny ostatnio bywają kapryśne, albo leje, albo 5 stopni i wieje tak, że odczuwalna spada poniżej zera. A potem nagle ŁUP! 30 w cieniu. Możemy się oczywiście pocieszać, że inni mają gorzej, takim Irlandczykom to ciągle leje, Włochom grzeje, Norwegom sypie. Nie, nie uważam, że nie ma złej pogody na bieganie. Jak ulicami płyną rzeki, albo świata nie widać w śnieżycy, to jest to jednoznacznie zła pogoda. I morderczy upał to zła pogoda, choć w tym przypadku wiele zależy od predyspozycji naszych własnych organizmów. Tylko, w przeciwieństwie do śnieżycy, z upałem można sobie poradzić. Jak?

1. Bieganie rano. Bardzo rano! Nie o 7, a o 5. Sama nie przepadam za bieganiem rano, nie umiem biegać na czczo, a wstawać o 4, żeby biegać… No nie. Lekki trening jeszcze ujdzie bez jedzenia, ale 20-kilometrowe wybieganie? Tu jest jednak pole do licznych kulinarnych kombinacji. Warto spróbować zastąpić codzienne śniadanie czymś lżejszym. Owsiankę kajzerką z miodem, koktajlem bananowym czy waflem ryżowym z dżemem.

2. Bieganie wieczorem. Późnym. Tu też w wielu przypadkach przydadzą się liczne zmiany, jeśli do tej pory biegałeś po parkach, nad rzeką, po lesie, to lepiej skręcić tym razem w główne ulice, jeśli mieszkasz na wsi – biegać tam, gdzie są domy. Ja sama skłaniam się ku bieganiu wieczorem, ale ja uwielbiamy ciepłe, letnie wieczory w centrach dużych miast. Ten klimat wakacji i luzu… Bieganie wieczorem ma też jednak minusy. W moim przypadku są to: bieganie jakiś czaspo podwieczorku, ale jeszcze przed kolacją – często zwyczajnie straszliwie głodnieję na trasie. Podwieczorków obfitych nie jadam, bo jeszcze nie jestem głodna po obiedzie. W normalne dni wyruszam koło 18 albo tuż po pracy i nie mam czasu zgłodnieć do tego stopnia, by zawracać z trasy (co mi się ostatnio zdarzyło, a raczej się nie zdarza). W gorące dni jest problem. Do tego codzienne zajęcia – muszę je przerywać, po treningu nie zawsze chce mi się do nich wracać. No i… ochota na piwo po bieganiu 😉 !

3. Chroń głowę. Tylko pamiętaj, by Twoje nakrycie było lekkie. Ma Cię chronić przed słońcem, a nie przyrządzić z Twojego mózgu pieczeń.

4. Woda. Nie lubię biegać z wodą, ja w ogóle rzadko odczuwam pragnienie. Ale warto się nawadniać w trakcie treningu, nawet jeśli temperatura już nie zabija. Dla własnej wygody warto się też polewać.

5. Pij w ciągu dnia. Po treningach sięgaj po izotoniki, nawet jeśli na co dzień ich nie pijasz. Pamiętaj, że pocisz się bardziej niż zwykle.

Jeszcze jakieś patenty?