Orleeeeeeeeeeeeen!

Bo ciasteczkowym wpisie blog został znowu odłożony na boczny tor, przez pisanie za zue pieniądze. Czas w końcu podjąć decyzję, czy zostaję w sieci z tym moim bieganiem, czy nie. No i jednak szkoda mi tak uciekać. A podsumowanie Orlen Warsaw Maraton to lepszy temat niż ciastka, więc lećmy z tym koksem!

Łamanie 3:30 pojawiło mi się w głowie trochę nieśmiało. Kiedy zapisywałam się na OWM, planowałam łamać 3:45, starać się o 3:40, ale na boginię, o 3:30 nie myślałam. To oznacza bieg poniżej 5 min/km, gdzie ja takie tempo? Ale jednak. Po tegorocznej Marzannie, w której lekką nóżką zrobiłam 1:36:58, wiedziałam, że stać mnie na jakiś konkret. I wiedziałam już, że zaatakuję stolicę z przytupem.

Stres zaczął się już tydzień wcześniej. Nigdy, nawet w debiucie nie towarzyszyły mi takie emocje. Śniło mi się, że godzinę przed startem chodzę po Lidlu i szukam miodu, czas leci, ja nie mogę z niczym zdążyć. Koszmar! Do Warszawy jechałam jednak nastawiona mocno pozytywnie i już raczej podekscytowana niż zdenerwowana. Do wieczora. Kiedy to z mężem, siostrą i kuzynką zrobiliśmy sobie spory spacer i zaczęłam lekko panikować, że przecież start, a ja łażę, bolą mnie już nogi, padam na twarz, a tu już 21! Trzeba dojechać do hostelu! Na szczęście dojechaliśmy tam szybko – oczywiście nie kupiliśmy wcześniej bułek, więc oczywiście znów panika, choć wiedziałam, że tuż pod bramą mamy Żabkę, więc można kupić je rano. Udało się jeszcze wieczorem, więc wszystko sobie zawczasu przygotowałam i poszłam spać. I spałabym gdyby nie to, że w hostelowej kuchni ktoś gadał, gadał i gadał. Zasłona w oknie była krótka i cienka, było dla mnie zbyt jasno. Czułam olbrzymie zmęczenie ale nie mogłam zasnąć. Panika sięgnęła szczytu i oczywiście zaczęłam się nakręcać. Włączyłam sobie audiobooka i po jakichś 3 godzinach wiercenia się, zasnęłam.

Rano obudziłam się w miarę wyspana. Toaleta, śniadanie – bułka z miodem, banan, czarna gorzka kawa, woda i można było wychodzić. Było zimno, mokro, ale nie padało. Tylko wiało niestety. Tramwaj przyjechał nabity tak, że ledwo się do niego zmieściliśmy, na następnych przystankach już nikt nie wsiadał, bo nie było na to szans. Dzięki Bogu podróż trwała bardzo krótko i cały tłum z biało-czerwonymi workami wysypał się pod Narodowym. Ruszyliśmy z tłumem do depozytów. Wszystko szło płynnie, wolontariusze byli MEGA (nienawidzę tego słowa, ale tu pasuje idealnie). Trochę jeszcze postałam i poskakałam pod wejściem do strafy dla biegaczy i ruszyłam w stronę stref, odwiedzając po drodze toi-toia. Zajęłam miejsce w strefie 3:00-3:30. I czekałam. Pojawił się mój mąż, czas leciał, i nagle, kilka minut przed startem odezwał się mój pęcherz. Mam tak czasem z nerwów, więc olałam, ale niestety – to nie było z nerwów. Start maratonu, a mnie się chce siku. Koszmar. W dodatku zaczęła przesuwać mi się nerka, która na żadnym biegu nie sprawiała kłopotów. Trzymałam na początku tempo 5:0-5:10, bez spiny, ale zamiast się skupić na trasie myślałam o tym, że taki bieg, a ja go zaraz spieprzę wizytą w toi-toiu! Postanowiłam wytrzymać, co punkt odżywczy mówiłam sobie, że byle do następnego i ewentualnie tam pójdę. Przeszło koło 20 kilometra 😉 Albo i później. Co do samego biegu. Po kilku kilometrach przyspieszyłam trzymając tempo 4:40-4:50, uważając, żeby nie przesadzić. Piłam na każdym punkcie, na 12 kilometrze wsunęłam pół żelu, kolejne porcje na 20. i koło 30. Nie jadam podczas biegów i trzymałam się tej zasady. Czy już pisałam, że wolontariusze byli super? Podawanie wody biegaczom łatwe nie jest, żeby ich nie ochlapać, wyrabiać się z nalewaniem, dobrze podać… Było fajne, aż do Wilanowa. Za Wilanowem zaczęło potężnie wiać, a my biegliśmy po otwartej przestrzeni. Zwolniłam walcząc o tempo poniżej 5 minut, wiedziałam, że mam zapas, ale wolałam go zachować. Od połowy biegu miałam go ok. 4 minuty, więc leciałam bez większej spiny.

No i słynny 30. kilometr. Ściany nie było, ale zaczęłam czuć zmęczenie, a od 35. ból. Bolały mnie nogi, dwa razy złapał mnie skurcz w stopie, bolało udo, łydka – tak na zmianę. Ale dawałam radę. Kibice byli świetni! Słyszałam „dajesz Marysia!”, „dziewczyny górą!”, co naprawdę motywowało, super były punkty dopingu z kapelami grającymi ostrzejszą muzykę, a nie klasyczne tupanki. Inni biegacze też pomagali, na 36. ktoś wyciągnął do mnie rękę i powiedział, że mamy zapas, dam radę. Ostatnie kilometry to już walka. Wiatr nie dawał za wygraną, a my wbiegliśmy na Aleje Jerozolimskie, duło, a nas nic nie chroniło. Próbowałam łapać plecy, ale tempo spadało, momentami do 5:20. Zapas miałam, ale kurczył się. Byłam już na maksa skupiona. Walczyłam o zejście poniżej 5 minut, przypominałam sobie wszystkie ciężkie treningi, na których dałam radę i wiedziałam, że dam znowu. Parłam i parłam, już nic się nie liczyło, tylko ogień! 41 kilometr – zbawienie. Wiedziałam, że zdążę. Że się uda! Przed samą metą zauważyłam moich kibiców, z bananem na gębie i zalana falą endorfin, ze łzami w oczach wpadałam na metę, która pokazywała czas poniżej 3:30! Nawet czas brutto miałam poniżej 3:30! Netto 3:28:12. Brawo jaaaaaaaa!

DSC_0595

Za metą zero tłoku, medal, kocyk i do szatni, w której ucięłam sobie miłą pogawędkę z panią, która machnęła 3:17 z kontuzją kolana. I ruszyłam w stronę swoich, tak szczęśliwa, jak tylko mogłam być. O tak:

DSC_0642
Gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje….

 

Reklamy

Zdrowe ciasteczka owsiane

Jedną z dobrych stron biegania jest to, że zaczyna człowiek dbać o to, co wrzuca do brzucha. Bo skoro ma na tym ostro trenować, to na śmieciach daleko nie zaleci. Od słodyczy się odzwyczaiłam totalnie, ale takie owsiane ciasteczko to idealna przekąska przed lub po bieganiu. Wypróbowałam kilka przepisów i zawsze coś m nie podchodziło. Za suche, za twarde, tu mąka, tam cukier. Aż w końcu zrobiłam bez przepisu, na oko, na „czuja”. I wyszło pysznie! Na 8 sztuk zużyłam:

1 szklankę płatków owsianych górskich

banana

garść suszonych daktyli

garść pestek słonecznika

garść rodzynek

4 łyżki wiórków kokosowych

3 łyżki płatków jaglanych

3 łyżki sezamu

łyżkę oleju kokosowego

jajko

2 kostki gorzkiej czekolady

I leci bardzo prosto. Płatki zmieszałam z wiórkami kokosowymi, słonecznikiem, sezamem (sypałam na oko) i rodzynkami (pokroiłam, bo miałam duże, sułtańskie). Daktyle namoczyłam w wodzie i zblendowałam z bananem. Połączyłam z suchymi składnikami, dodałam jajko i łyżkę płynnego oleju kokosowego. Za wodniste to jakieś było, więc podsypałam płatkami jaglanymi, żeby lepiej się kleiło – miałam nadzieję, że płatki trochę zwiążą wilgoć. I związały 🙂 Uformowałam ciasteczka – lekko nie było, ale i bez dramatu. Nie kleją się superłatwo, ale i nie rozpadają. Do zbyt suchych można dać odrobinę wody, a do zbyt mokrych podsypać płatków jaglanych. Nastawiłam piekarnik na 180 st. bez termoobiegu i włożyłam ciasteczka na 20 minut. Przed samym włożeniem na kilka położyłam trochę czekolady. I oto są!

 

20160315_203458

Bieg Świetlików, czyli czy leci z nami organizator?

swietik

Zdjęcie ze strony organizatora http://www.krakowskibiegswietlikow.pl

Na Bieg Świetlików napaliłam się już dawno. To dyszka nad Wisłą, po zmierzchu, a zawodnicy mają ze sobą świecące elementy (od latarek po całe zestawy choinkowych lampek). Czad. W lecie przeszkodziła mi kontuzja, w zimie już nie mogłam się doczekać. I co?

Atmosfera świetna. Zimno, ale te światełka, przebrania, luz, tworzyły naprawdę świetny klimat, było już tak świątecznie. Ale czas na pierwszy zgrzyt. Start i meta nieoznaczone. Stała sobie oczywiście bramka, ale bez oznaczenia, w którą stronę biec, więc ludzie ustawiali się po obu stronach, czego nawet nie wiedziałam, ustawiwszy się po złej stronie, choć zgodnie z regulaminem. Nie śledziłam strony zawodów na bieżąco – podobno umieścili mapkę. Bieg miał wystartować o 18, ale przez pokaz tańca z ogniem (dość marny, za machane pochodniami szacun, ale sam taniec naprawdę słaby plus kiepska synchronizacja tancerzy), po 18 dopiero zaczęto ustawiać ludzi. Ci, którzy jak ja, stali po złej stronie musieli przejść na dobrą, a wiadomo, że ci, którzy stanęli z przodu, niezbyt chcieli się cofać. W końcu  się udało. Miała być też rozgrzewka, ale nic takiego nie odnotowałam. No i ruszyyyli. Oczywiście, jako, że biegliśmy w stronę Wawelu, bieg zaczął się po wąskiej ścieżce i ciężko było na początku wyprzedzać. Brak stref startowych potęgował bajzel, bo szybsi musieli się przeciskać. Ja rozumiem, że te zawody to bardziej zabawa, ale na każdych zawodach obowiązują pewne zasady i organizatorzy mogli przypomnieć o dwóch prostych rzeczach. Biegasz wolno, ustaw się z tyłu. Nie dlatego, że jesteś gorszy, ale dla swojego i innych bezpieczeństwa. Lewa strona służy do wyprzedzania. Nie wyprzedasz, usuwaj się w prawo. Amen.

Po dwóch kilometrach nieco się przerzedziło i mogłam sobie cisnąć. I cisnęłam! Boże, w życiu nie zapier.dalałam tak, jak na tych świetlikach. Miałam moc, ale zwalniała mnie trochę ciemność i śliska nawierzchnia. Więc czasem przebłysnęła też myśl, żeby się nie zabić i nie wpaść do Wisły. Widok był niesamowity – te lampki odbijające się w wodzie. Nie rozglądałam się jednak zbytnio, tylko leciałam. Na ok 6-7 kilometrze zauważyłam, że biegnę wśród samych facetów i wtedy pierwszy raz błysnęła mi myśl, że może uda się zająć jakieś fajne miejsce wśród kobiet. U to była jedyna myśl, oprócz tej, że zaraz stanie mi serce. Ale nie zwalniałam, cisnęłam, odpoczywałam tylko na zbiegach. Pod koniec nawet bawiło mnie to sapanie wokoło. Wyprzedziłam wielkiego człowieka-bałwana, przybiłam pionę wolontariuszowi, który zagrzewał do walki… I meta. Zegarek pokazał 45 minut 33 sekundy. I bajzlu ciąg dalszy. Bo medale rozdawano parę kroków za linią mety, ludzie się kłębili, nie było kiedy spokojnie wyhamować. Miejsca na oddanie chipów nieoznaczone. Gdzieś między butelkami z wodą walały się pudła z chipami. Na ziemi.

I szczyt bajzlu – brak wyników. Normalnie kilka minut po przekroczeniu mety dostaje człowiek sms-a z wynikiem. A tu nic. Pojechaliśmy na urodziny do mojej siostry, zdążyliśmy wrócić, odpaliłam fb i okazuje się, że nie tylko ja wyników nie mam. Przyszły wieczorem następnego dnia! Niby nic takiego. Ale okazało się, że z czasem 0:45:31 zajęłam 8. miejsce wśród kobiet i 2. w swojej kategorii wagowej (tak, na świetlikach są kategorie wagowe, nie wiekowe)! Należało mi się pierwsze w życiu pudło! I tu bajzlu nie koniec, o nie! Z tego co piszą ludzie na fb wynika, że zdarzały się sytuacje mylenia czasów, że niektórym się nie zgadzają. Napisałam maila do organizatora, pan oddzwonił i powiedział, że swoją statuetkę smoka za 2. miejsce dostanę. No, chociaż tyle. Ogólnie wtop zbyt dużo jak na niewielką stosunkowo imprezę. Drogą imprezę. W cenę tego biegu można pobiec półmaraton, dostać koszulkę, batona, banana i makaron. Może dam im szansę jeszcze latem, zobaczę, póki co jaram się jak Hermiona numerologią moim całkiem ładnym wynikiem 🙂

Ile kosztuje bieganie?

dolar

No właśnie. Ile ta cała zabawa kosztuje? Nie wiem czy wiecie, ale lubię masochistyczne czytać komentarze w necie. I bywa, że kiedy mowa o nadwadze i otyłości wśród Polaków, pojawiają się głosy, że to wszystko z biedy, panie! Bo warzywa drogie, a sport jeszcze droższy. Basen – karnet. Rower – wiadomo. Siłownia – miniony monet, w dodatku musisz kupić karnet, żeby się to w ogóle opłacało. Bieganie – buty i ubrania.

A prawda jest taka, że jedynym niezbędnym wydatkiem są buty. Ceny są najróżniejsze, ale najtańsze można mieć i za 100 zł, a w dyskontach bywa jeszcze taniej. Nie będą najlepszej jakości pod słońcem, ale wystarczą komuś, kto zaczyna biegać. Co potem? Potem może być nieco drożej, ale też nie są to kwoty nie do przeskoczenia. W Decathlonie można dostać buty Kalenji nawet za 150 zł, a często trafiają się promocje. Nigdy w nich nie biegałam, ale ludzie sobie chwalą. Moje własne buty do biegania kosztowały ok. 300 zł i biegam w nich rok. Czas wymienić i na pewno nie kupię nic droższego niż za 450 zł. Wystarczy trochę poszukać, internetowy Sklep Biegacza miewa świetne promocje (teraz ma, warto do nich zajrzeć), ich sklepy stacjonarne zresztą też. Jasne, że można za buty zapłacić i 700 zł, mieć kilka par treningowych i startowych. Sky is the limit. Ale przyzwoite buty można kupić za 250-300 zł. Raz na rok nie jest to wydatek nieosiągalny.

Ubrania. Sama nie czuję potrzeby posiadania drogich ciuchów, chociaż jestem zakochana w takich jednych pięknych legginsach. No ale dwie stówki… Nie. Biegam w zwykłych legginsach z sieciówki. Mam dwie pary na zimę – jedne ocieplane, kosztowały ok 30. zł i jedne termiczne, dostałam w prezencie. Mam jedną przeciwdeszczową lekko ocieplaną kurtkę. Koszt to ok 120-200 zł, ale przecież nie służy mi tylko do biegania. Bluza na chłodne dni – ok 100 zł. Do tego biegowe rękawiczki, czapka, komin – łącznie ok 50 zł.

Gadżety. Hulaj dusza. Oczywiście zegarek z GPS, nerka, plecak z bukłakiem na wodę, latarka czołówka… Najpopularniejszy gadżet to oczywiście zegarek, koszt ok. 500 zł (da się taniej, ale chciałabym policzyć ile kosztuje wyposażenie przeciętnego biegacza, a jak już inwestować w sprzęt, to lepiej dołożyć tę stówkę i mieć coś porządnego). Plecak, rzecz przydatna na długie biegi – ok. 60 zł.

Zawody. Zależy od miejsca, dystansu. Sama opłata startowa to od 40 do nawet 100 zł, ale przeciętnie można policzyć 60 zł – im szybciej ją wpłacimy, tym będzie taniej, często bywają też zniżki.

 

Podsumowując:

  1. Wersja ekonomiczna – buty za 150 zł. Ubrania zwykłe  sportowe.
  2. Wersja przeciętny biegacz – buty: 300 zł, koszulka techniczna: 30-50 zł, bluza do biegania: 100 zł, kurtka: 170 zł, zawody 3 x w roku: 150 zł. Łącznie: 650, w tym 300 to wydatek na kilka lat (kurtka, bluza, koszulka).
  3. Wersja zaawansowana: powyższe 650 zł + zegarek za 500 + plecak za 50. Łącznie 12oo zł, ale tu znów: wydatki ponoszone na bieżąco to buty i zawody, ok. 450 zł na rok. Wydatki często rozłożone na kilka lat. Ja swój „biegowy majątek” gromadzę od 2 lat, wcześniej jedynym wydatkiem na bieganie były tylko buty i koszulki, które po prostu prałam na bieżąco, bo miałam mało.
  4. Wersja Deluxe. Nawet kilka tysięcy: kilka par butów, zagraniczne zawody (drogie pakiety, przeloty, noclegi), zegarek za 1500 zł…

Krakowski biegaczu, uduś się!

smog

Chociaż opisie bloga mam „bieganie ze smogiem”, nigdy nie biegałam w takim syfie, jak wczoraj. Miałam ochotę się wrócić, jak tylko wyszłam na pole. Powietrze było siwe, śmierdziało jak przy ognisku i myślałam, ze chyba się gdzieś pali, że to niemożliwe, żeby powietrze samo w sobie AŻ TAK ŚMIERDZIAŁO. Dziś nie wyszłam, za chwilę biorę się za ogólnorozwojówkę. Jak żyć, jak biegać? Nogi tupią, niosą, ale rozsądek wygrał. Nie sądzę, żeby polepszyła mi się forma, jak nawdycham się powietrza z kilkakrotnie przekroczonymi normami zapylenia. Zresztą, tego gówna nawet wdychać się nie da, są momenty, w których bez zasłaniania twarzy się nie obejdzie.

Chciałam zakupić maskę antysmogową – w jednym ze sklepów internetowych asortyment wyprzedany. No nic, szukam w następnym. To samo – antysmogowe wyprzedane. Na allegro nie znalazłam. Ale dobrze jest! Urzędnicy nie widzą problemu. Ludzie potrafili protestować, jak się im chciało ograniczyć możliwość piracenia, ale jak się duszą, to jakoś im się nie chce.

Mnie pozostaje siłownia i dalsze poszukiwania maski. I modlitwa, żeby w krakowie nie powtórzył się scenariusz londyński, kiedy w 1952 roku w ciągu kilku dni z powodu smogu zmarło 4 tysiące osób. Ale jak wiadomo, my nie uczymy się na cudzych błędach. My czekamy aż coś się u nas zawali, spali, aż ktoś zginie, i wtedy się zastanawiaaaaaaaaaamy „jak do tego doszło?”.

Krakowscy biegacze, uważajcie! Biegajcie w maskach, biegajcie na siłowniach, śledźcie informacje o powietrzu.

Kto jeszcze nie wie, że biegasz?

Natknęłam się ostatnio na taki oto filmik:

I tak się zastanawiam, czy jest ktoś, kto nie we, że biegam? Pewnie kilka osób by się znalazło, ale nie wśród bliższych znajomych. A czy Wy jeszcze komuś nie powiedzieliście? Czy trenując do maratonu, nikomu nie mówicie? I wcale nie mam na myśli rodziny czy współlokatorów, którzy widzą, że gdzieś codziennie lecicie. Ale znajomi, ludzie w pracy, na uczelni? Na pewno wiedzą. Zastanawiałeś się czasem, czy w ogóle ich to obchodzi?

Myślę, że z biegaczami jest jak z rodzicami. Rodzice mówią o swoich dzieciach, choćby nikogo to nie interesowało. Nie tylko opowiadając o ząbkach, kupkach i przedstawieniach w przedszkolu. Ale zwyczajnie, odmawiając wypadu na kawę, bo dziecko trzeba zabrać do lekarza. I biegacze mają tak samo: niekoniecznie muszą się swoim bieganiem chwalić, ale to wychodzi zupełnie naturalnie. Nie piję dziś piwa, bo mam jutro długie wybieganie, a mój plan na weekend majowy to maraton.

Lubię mówić o bieganiu, ale nie ukrywam, że czasem jest to dla mnie kłopotliwe. Nie chcę brzmieć tak, jakbym się wymądrzała, ale naprawdę czasem nie myślę o tym, że normalny człowiek nie wie czym są zakresy i rytmy. A jak tłumaczę, to nie chcę, żeby człowiek poczuł się urażony, że tłumaczę i zakładam, że nie wie, o czym mówię. Bo a nuż wie. Albo inna sytuacja, ktoś pyta ile wczoraj czy dziś przebiegłam. Odpowiedź: „20 kilometrów” często powoduje opad szczęki, i kiedy mówię, że to wcale nie tak dużo, czuję się jak chuda laska, która narzeka, że ma gruby tyłek, bo chce, żeby jej wszyscy mówili jaka jest zgrabna. Bo ja wiem, że dla nie-biegacza to dużo, ale cóż poradzę, że dla mnie już nie? Tyle problemów, ale jednak wciąż o tym bieganiu gadam! Dlaczego?

To jest ważna część mojego życia. Spędzam na treningach kilka godzin tygodniowo, więc to oczywiste, że jak ktoś spyta, co robiłam wczoraj, to jest spora szansa, że biegałam. Ważny punkt każdej mojej soboty to długie wybiegane, więc pytając mnie o plany na weekend, usłyszysz, że na pewno będę biegać. Nie dlatego, że się chwalę, że chcę, żeby cały świat wiedział. Tylko dlatego, że to dla mnie ważne.

Jak mówić o bieganiu? Tak jak o dzieciach. Fajnie wiedzieć, że czyjeś dziecko zaczęło chodzić, ale niekoniecznie fajnie jest wiedzieć o tym, jakiej wysypki dostaje po mleku, a jakiej po truskawkach. Staram się mówić tylko o tym, co może kogoś potencjalne zainteresować. Nie o tym, że mam nowy sposób na regenerację, a są nim lodowate prysznice. Ale o tym, że biegałam dziś rano i dlatego czuję się pełna energii. Albo o tym, że na treningu zawędrowałam w jakieś ciekawe miejsce, o tym, że biegłam dziś w pobliżu czyjegoś domu. Staram się też niepytana nie wchodzić w szczegóły techniczne.

Pozostaje też kwestia mediów społecznościowych. To, że ktoś właśnie przebiegł 3 kilometry, może być dla niego wielką radością, więc niech się tym dzieli. A jak przebiegł właśnie maraton, to radość jest tak ogromna, że czasem podzielić się musi. Tu akurat jestem pełna zrozumienia. O ile gadaniem o bieganiu można kogoś zanudzić, tak nudny wpis na fb  można po prostu ominąć.

2. Cracovia Półmaraton, czyli ogień z dupy!

IMG_2468

2 tygodnie przed długo wyczekiwanymi zawodami straciłam całą parę. Praca, zlecenia, treningi, zlecenia, trening, praca, zwyczajnie się przemęczyłam. Jak wychodziłam na trening tydzień temu chciało mi się płakać i wrócić po 3 kilometrach. I chyba nie wierzyłam, że zrobię życiówkę. Po cichu marzyłam o 1:40, ale realnie nastawiłam się na 1:43 i pod taki wynik trenowałam. A potem już czekałam na półmaraton i marzyłam, żeby było po wszystkim.

Stres był. Pogoda dopisała, organizacja nienajgorsza, ale kolanka się trzęsły. W dodatku dzień wcześniej dostałam okres i bałam się, że dopadnie mnie niemoc i zmusi do zejścia z trasy. Ustawiłam się jednak dzielne w swojej strefie, kawałek za balonikami na 1:40 – teraz żałuję, że nie tuż za nimi, bo na początku sporo czasu straciłam na wyprzedzanie. Niestety, albo inni ustawili się za blisko, albo ja za daleko. Cały wyścig zaczął się z 5-minutowym opóźnieniem, nie ułatwiało to rozluźnienia.

Pierwsze kilometry leciały gładko. Miałam w planie zacząć delikatnie, od 5:00, ale jakoś samo pobiegło się poniżej 🙂 Pierwszy, drugi, trzeci… Oznakowania pojawiały się jakby co 500 metrów, a mnie się leciało jak na skrzydłach, choć mam wrażenie, że ambitnie narzuciłam tempo na początku. Nogi nie miały problemu, ale płucom dałam chyba popalić. Czułam jednak, że mam zapas, że nie cisnę na całego, więc utrzymywałam tempo w myśl zasady: nie ma k. nie mogę. Na początku brałam wodę z punktów żywienia i piłam małymi łykami, choć przy drugim zrobiło mi się niedobrze. Stres, żołądek jak kuleczka z plasteliny i myślałam, że te dosłownie 2 łyki wody zmiotą mnie z trasy. Na szczęście jakoś się pomieściły i mogłam spokojnie biec dalej. Najgorzej było na bulwarach wiślanych, na 4-5 kilometrze. Jeszcze ciasno, biegłam po trawie i bałam się, że wpadnę do rzeki, ale dało radę. Później trochę ciasnoty na błoniach, wzdłuż Rudawy, i na -nastu kilometrach zaczęło się robić luźniej. A mnie od 10 biegło się jeszcze lepiej i przyspieszyłam, lecąc 4,75-4,8. I tak sobie leciałam, aż dopadła mnie moja klątwa 17-go kilometra. Kawał czasu z mną, pilnuję go, żeby trzymać tempo 4,8 (mój zegarek pokazuje to jako 4,4 niestety), czuję bieg nie tylko w płucach ale i w nogach. Już nie lecą jak naoliwione, choć mają jeszcze moc. A tu przede mną 4 kilometry z hakiem, ponad 20 minut. Kolejne oznaczenia trasy już nie pojawiają się tak szybko, czasem mam wręcz wrażenie, że je gubię, bo to przecież niemożliwe, żeby te kilometry tak się dłużyły. Lecę już wśród samych facetów. Słychać tylko plaskanie butów, sapanie i czasem ktoś splunie.Kilku śmiałków zaczyna cisnąć i mocno przyspiesza, reszta trzyma tempo. I nagle przed nami wyrasta Arena, już tylko kilometr z kawałkiem. Cisnę. Przyspieszam. Nie mam już siły, dyszę, ale schodzę poniżej 4:75 i lecę, choć już nie mam siły. Wpadam do hali i widzę metę. I jak zwykle to samo – przebieram nogami, a ona przybliża się taaaaaaaaak woooooooooooolno. Ciemno, światełka, hałas, maksymalne skupienie, cisnę i już. Meta.

IMG_2482

Nie mogę biec dalej, bo ludzie stoją, więc zatrzymuję się, co powoduje zawroty głowy, więc łapię się za nią, żeby sobie przytrzymać 🙂 i dzielnie kroczę po medal. Zegarek wyłączam – włączyłam go w ogóle trochę za późno, więc nie wiem jaki mam czas – pokazuje mi niby 1:42, dobrze jest, ale przez chwile mnie to nie obchodzi. Chcę tylko wody i owinąć się folią. Zabieram banana, izotonik i dzwonię do męża, umawiamy się pod namiotem z makaronem. Biorę trochę z rozsądku, bo głodu nie czuję, choć normalnie po długim treningu lodówka moja. Rozciągam się, trochę zjadam i dostaję SMS z wynikiem. 1:41:24, zupełnie nowa, śliczna życiówka 🙂 Adrenalina wciąż trzyma, jestem jak na haju, jeszcze nic nie boli. Dopiero w domu dopada mnie zmęczenie, zabite jednak kawą. Plan na Marzannę: 1:35, a co!

Ostatnie szlify przed połóweczką

kalendarz

Półmaraton to mój ulubiony dystans. W miarę wymagający, ale nie przerażający i o wiele bardziej przewidywalny niż maraton. W sumie niby nic wielkiego, ale czuję już ekscytację jak dziecko przed pierwszą gwiazdką. Bo po raz pierwszy nie tylko mam cel, ale też rozpisałam go sobie kilometr po kilometrze. Kiedy przyspieszyć, jak szybko wystartować, kiedy cisnąć, a kiedy trochę się uspokoić. Bo półmaraton to dystans trudny pod względem swojej średniej długości. Na dychę czy piątkę ciśniesz i wiesz, że to tylko kawałek, na maraton rozkładasz siły. A połówka jest zbyt długa, żeby bezkarnie cisnąć ponad siły na początku, bo zdąży się opaść z sił przed końcem, a jednocześnie na tyle krótka, że nie odrobisz straconego na początku czasu. Trzeba dobrze wyważyć siły i wszystko zaplanować.

Do zawodów zostały trzy tygodnie. Nie poprawię już formy znacząco, więc skupiam się na spokojnych, ale długich biegach oraz ogólnorozwojówce. Nie planuję żadnych mocnych akcentów, mam zamiar trochę pocisnąć tempie półmaratonu, ale oczywiście z zachowaniem sił na 24 października. Na treningach staram się biec w miarę żywo, ale tak, by ciągle czuć możliwość przyspieszenia. Wiem, że już nic nie zdążę naprawić, a biegając zbyt szybko i mocno mogę wiele zepsuć. Niekoniecznie mam na myśli kontuzję, wystarczy zwykłe przemęczenie. Staram się już jeść bardzo poprawnie, lekko, zdrowo i bezcukrowo. I bezalkoholowo. W tę sobotę zrobię ostatnie wybieganie powyżej 21 kilometrów, tydzień przed ograniczę się do 18. Staram się zawsze przed zawodami czuć niedosyt, mało kilometrów w nogach, tak, by same się rwały do biegu 🙂

I zaczynam się stresować, nie ukrywam. Tak, to tylko bieg, nie jestem zawodowcem i nikogo mój wynik nie obchodzi, bo czy to taka różnica, czy wybiegam 1:46 czy 1:43? Różnica jest tylko dla mnie, o jakim wyniku marzę nie powiem, bo łatwo go zdobyć nie będzie, ale wierzę, że się uda.

Motywacja, by zacząć biegać

pisklak

Z dedykacją dla Ani i Ali 😉

Już wiemy, co zrobić, by zacząć biegać. Kupić buty, wybiec, biec. Ale co zrobić, by wybiec, zrobić ten pierwszy krok? To zależy, czego oczekujemy od biegania. Powodów, by zacząć, jest mnóstwo!

  1. Wygląd. Sporo biegaczy zaczyna, by schudnąć albo poprawić wygląd ciała. Sama tak zaczęłam, dlatego wśród powodów by zacząć, to mój numer 1. Bieganie to bardzo energochłonny sport, więc efekty są szybkie. A oprócz utraty wagi? Jędrniejsza skóra, lepsze nogi, pośladki. Podobno działa na cellulit. Ale jest coś ważniejszego…
  2. Samoakceptacja. Owszem, wygląd się poprawia, ale z czasem zaczynasz mieć go w dupie. Szczuplejsze ciało, to szybszy bieg przede wszystkim. Nie znikną wszystkie kompleksy – czytam blogi innych biegaczek i widzę, że wiele z nich nie uważa się wcale za ideały, jedna narzeka na uda, inna na brzuch. Dalej gdzieś czegoś za dużo, za mało. Ale to ma zdecydowanie mniejsze znaczenie. Widzisz, ile może Twoje ciało może zdziałać. I nie mówię tu od razu o maratonach. Ale jak widzisz, że z tygodnia na tydzień staje się silniejsze, niesie cię szybciej, mocnej, to zmienia się punkt spojrzenia na samego siebie. Twoje ciało pokazuje, że siła tkwi nie tylko w głowie, że twoje mięśnie też potrafią dać czadu. Zaczynasz dbać o ciało w inny sposób. I nie mam na myśli tego, że do tej pory nie goliłaś nóg 😉 Ale czujesz po prostu harmonię między swoją głową a ciałem – może brzmi to trochę sekciarsko, ale tak jest.
  3. Kondycja. Zdecydowanie na plus. Nie dyszysz biegnąc do tramwaju, w górach idziesz jakoś bardziej dziarsko i czujesz się jak młoda babka, a nie swoja własna ciotka.
  4. Lepsza organizacja czasu. Jak biegasz regularnie, masz mniej czasu na pracę i przyjemności, więc uczysz się czasem gospodarować oszczędniej.
  5. Euforia biegacza. Nie zawsze, ale zdarza się w czasie biegu lub tuż po nim taki wyrzut endorfin jak (no, prawie) po dobrym seksie. Czujesz się błogo, cudownie, szczęśliwie, śmiejesz się, a to tylko świetny bieg.
  6. Lepszy sen. Lepsze samopoczucie.
  7. Więcej wiary w siebie – ten punkt zasługuje na osobny artykuł, ale bieganie naprawdę układa pewne rzeczy w głowie. Nie wyobrażasz sobie, że przebiegniesz 20 kilometrów? Jeśli nie biegasz, to pewnie nie. A jak już przebiegniesz, to zaczynasz wierzyć, że dasz radę więcej. A jeśli dasz radę robić coś, o czym myślałeś, że to nie dla ciebie, to dlaczego nie miałoby to dotyczyć innych dziedzin życia?
  8. Atmosfera zawodów. Ok, myślisz teraz, że chcesz tylko potruchtać, ruszyć się, jakie tam zawody? Ale spokojnie – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Naprawdę mnóstwo biegaczy, którzy dziś nie mają miejsca na wszystkie medale, nie przypuszczała, że kiedykolwiek weźmie udział a zawodach. Wyobraź sobie, że wpadasz na metę, jak na filmie. Tak, to będzie możliwe, jeśli tylko zaczniesz!
  9. Cudowny czas na poukładanie sobie myśli. Wiele ważnych spraw przemyślałam podczas biegu. Nic nie rozprasza, jesteś tylko ty. Można ze sobą szczerze porozmawiać. Stajesz oko w oko z własnymi słabościami i nie jest to czas na samooszukiwanie się. A zmęczenie dobrze działa na wyłączenie myślenia. Kiedy ostatni raz nie myślałeś o niczym, zupełnie o niczym? Tylko jakieś „lewa, prawa, lewa, prawa”? A mocny trening tak działa. Wolna głowa.

Jak zacząć biegać?

biegacz_pocz

Wczoraj po raz kolejny zostałam zapytana o to, jak zacząć biegać. Pozornie odpowiedź jest bardzo prosta: po prostu ubrać buty i wybiec z domu. Pozornie, bo o kilku rzeczach warto pamiętać.

Wiele osób szybko się zniechęca, bo wybiegają jak postrzelona zwierzyna, lecą do utraty tchu i padają po 5 minutach. Dochodzą oczywiście do wniosku, że to nie dla nich. Zacząć najlepiej od marszobiegów, np. półgodzinnych – nie za długo, nie za krótko. Ile biec, ile maszerować? Zależy od kondycji. Polecam 2 minuty biegu, 3 minuty marszu, ale najlepiej po prostu próbować. Jeśli 2 minuty powodują, że nie macie już siły nawet iść, próbujcie 1,5 minuty. Tak, żeby się nie zajechać, ale też żeby nie było zbyt lekko. Żeby był progres, trzeba wylać nieco potu 😉

Warto kupić buty do biegania, nawet najtańsze. Często można dorwać w dyskontach, tanie są marki Kalenji. Uwierzcie, to i tak taniej niż wizyta u ortopedy, która kosztuje 100-150 zł. Jeśli się zniechęcicie, to sprzedacie, a wydane pieniądze będą dodatkową motywacją. Bo skoro wydałaś 100 zł na buty, to głupio teraz rzucić w kąt. Specjalnych ubrań nie trzeba. Lepiej biega się w technicznych, ale na początek wystarczy zwykła koszulka czy bluza. Nie warto inwestować na początek w gadżety typu GPS-y, opaski kompresyjne, plecaki z bukłakiem, naprawdę są na początku zbędne.

Czego jeszcze nie warto? Za długo się zastanawiać. Od jutra, od przyszłego tygodnia, dziś kropi, a jutro za ciepło… Jak się chce zacząć biegać, to się zaczyna.

Wróćmy do tego co warto. Dać sobie czas. Pierwszy trening, zwłaszcza jeśli wstajesz prosto z kanapy, będzie masakrą. I drugi. I trzeci. Piąty też. A potem przebiegniesz swoje pierwsze dziesięć minut. A potem pół godziny – i wtedy zobaczysz, że może być przyjemnie, płuca mogą nie chcieć wyrwać się z piersi, twarz może nie wyglądać jak pomidor, a zakwasów wcale już nie ma. Naprawdę, daj sobie czas, bo dopiero wtedy zobaczysz czy to sport dla ciebie, czy też nie. Mówienie na samym początku „to nie dla mnie”, to tak, jakby zapisać się na kurs językowy i nie umiejąc porozmawiać swobodnie po tygodniu, stwierdzić, że „to nie dla mnie”. Trzeba czasu, żeby w ogóle zobaczyć z czym to się je. Ja wiem, że nie dla mnie pływanie, ale umiem pływać – i dlatego to wiem.

Warto pamiętać o przerwach. Na początek 3 treningi w tygodniu wystarczą, góra 4. Bieganie częściej nie pomoże, w bieganiu NIE MA DROGI NA SKRÓTY. Tak jak w matematyce, językach i wielu innych dziedzinach.

O tym jak się zmotywować, by zacząć, osobny post 🙂