Orleeeeeeeeeeeeen!

Bo ciasteczkowym wpisie blog został znowu odłożony na boczny tor, przez pisanie za zue pieniądze. Czas w końcu podjąć decyzję, czy zostaję w sieci z tym moim bieganiem, czy nie. No i jednak szkoda mi tak uciekać. A podsumowanie Orlen Warsaw Maraton to lepszy temat niż ciastka, więc lećmy z tym koksem!

Łamanie 3:30 pojawiło mi się w głowie trochę nieśmiało. Kiedy zapisywałam się na OWM, planowałam łamać 3:45, starać się o 3:40, ale na boginię, o 3:30 nie myślałam. To oznacza bieg poniżej 5 min/km, gdzie ja takie tempo? Ale jednak. Po tegorocznej Marzannie, w której lekką nóżką zrobiłam 1:36:58, wiedziałam, że stać mnie na jakiś konkret. I wiedziałam już, że zaatakuję stolicę z przytupem.

Stres zaczął się już tydzień wcześniej. Nigdy, nawet w debiucie nie towarzyszyły mi takie emocje. Śniło mi się, że godzinę przed startem chodzę po Lidlu i szukam miodu, czas leci, ja nie mogę z niczym zdążyć. Koszmar! Do Warszawy jechałam jednak nastawiona mocno pozytywnie i już raczej podekscytowana niż zdenerwowana. Do wieczora. Kiedy to z mężem, siostrą i kuzynką zrobiliśmy sobie spory spacer i zaczęłam lekko panikować, że przecież start, a ja łażę, bolą mnie już nogi, padam na twarz, a tu już 21! Trzeba dojechać do hostelu! Na szczęście dojechaliśmy tam szybko – oczywiście nie kupiliśmy wcześniej bułek, więc oczywiście znów panika, choć wiedziałam, że tuż pod bramą mamy Żabkę, więc można kupić je rano. Udało się jeszcze wieczorem, więc wszystko sobie zawczasu przygotowałam i poszłam spać. I spałabym gdyby nie to, że w hostelowej kuchni ktoś gadał, gadał i gadał. Zasłona w oknie była krótka i cienka, było dla mnie zbyt jasno. Czułam olbrzymie zmęczenie ale nie mogłam zasnąć. Panika sięgnęła szczytu i oczywiście zaczęłam się nakręcać. Włączyłam sobie audiobooka i po jakichś 3 godzinach wiercenia się, zasnęłam.

Rano obudziłam się w miarę wyspana. Toaleta, śniadanie – bułka z miodem, banan, czarna gorzka kawa, woda i można było wychodzić. Było zimno, mokro, ale nie padało. Tylko wiało niestety. Tramwaj przyjechał nabity tak, że ledwo się do niego zmieściliśmy, na następnych przystankach już nikt nie wsiadał, bo nie było na to szans. Dzięki Bogu podróż trwała bardzo krótko i cały tłum z biało-czerwonymi workami wysypał się pod Narodowym. Ruszyliśmy z tłumem do depozytów. Wszystko szło płynnie, wolontariusze byli MEGA (nienawidzę tego słowa, ale tu pasuje idealnie). Trochę jeszcze postałam i poskakałam pod wejściem do strafy dla biegaczy i ruszyłam w stronę stref, odwiedzając po drodze toi-toia. Zajęłam miejsce w strefie 3:00-3:30. I czekałam. Pojawił się mój mąż, czas leciał, i nagle, kilka minut przed startem odezwał się mój pęcherz. Mam tak czasem z nerwów, więc olałam, ale niestety – to nie było z nerwów. Start maratonu, a mnie się chce siku. Koszmar. W dodatku zaczęła przesuwać mi się nerka, która na żadnym biegu nie sprawiała kłopotów. Trzymałam na początku tempo 5:0-5:10, bez spiny, ale zamiast się skupić na trasie myślałam o tym, że taki bieg, a ja go zaraz spieprzę wizytą w toi-toiu! Postanowiłam wytrzymać, co punkt odżywczy mówiłam sobie, że byle do następnego i ewentualnie tam pójdę. Przeszło koło 20 kilometra 😉 Albo i później. Co do samego biegu. Po kilku kilometrach przyspieszyłam trzymając tempo 4:40-4:50, uważając, żeby nie przesadzić. Piłam na każdym punkcie, na 12 kilometrze wsunęłam pół żelu, kolejne porcje na 20. i koło 30. Nie jadam podczas biegów i trzymałam się tej zasady. Czy już pisałam, że wolontariusze byli super? Podawanie wody biegaczom łatwe nie jest, żeby ich nie ochlapać, wyrabiać się z nalewaniem, dobrze podać… Było fajne, aż do Wilanowa. Za Wilanowem zaczęło potężnie wiać, a my biegliśmy po otwartej przestrzeni. Zwolniłam walcząc o tempo poniżej 5 minut, wiedziałam, że mam zapas, ale wolałam go zachować. Od połowy biegu miałam go ok. 4 minuty, więc leciałam bez większej spiny.

No i słynny 30. kilometr. Ściany nie było, ale zaczęłam czuć zmęczenie, a od 35. ból. Bolały mnie nogi, dwa razy złapał mnie skurcz w stopie, bolało udo, łydka – tak na zmianę. Ale dawałam radę. Kibice byli świetni! Słyszałam „dajesz Marysia!”, „dziewczyny górą!”, co naprawdę motywowało, super były punkty dopingu z kapelami grającymi ostrzejszą muzykę, a nie klasyczne tupanki. Inni biegacze też pomagali, na 36. ktoś wyciągnął do mnie rękę i powiedział, że mamy zapas, dam radę. Ostatnie kilometry to już walka. Wiatr nie dawał za wygraną, a my wbiegliśmy na Aleje Jerozolimskie, duło, a nas nic nie chroniło. Próbowałam łapać plecy, ale tempo spadało, momentami do 5:20. Zapas miałam, ale kurczył się. Byłam już na maksa skupiona. Walczyłam o zejście poniżej 5 minut, przypominałam sobie wszystkie ciężkie treningi, na których dałam radę i wiedziałam, że dam znowu. Parłam i parłam, już nic się nie liczyło, tylko ogień! 41 kilometr – zbawienie. Wiedziałam, że zdążę. Że się uda! Przed samą metą zauważyłam moich kibiców, z bananem na gębie i zalana falą endorfin, ze łzami w oczach wpadałam na metę, która pokazywała czas poniżej 3:30! Nawet czas brutto miałam poniżej 3:30! Netto 3:28:12. Brawo jaaaaaaaa!

DSC_0595

Za metą zero tłoku, medal, kocyk i do szatni, w której ucięłam sobie miłą pogawędkę z panią, która machnęła 3:17 z kontuzją kolana. I ruszyłam w stronę swoich, tak szczęśliwa, jak tylko mogłam być. O tak:

DSC_0642
Gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje….

 

Advertisements

One thought on “Orleeeeeeeeeeeeen!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s